Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

ARCHIWUM

Krwawa niedziela

Odsłony: 20826

Kiedy w finale olimpijskim ’72 arbiter zagwizdał po raz ostatni, oznaczało to zwycięstwo Polaków nad Węgrami (2-1) i historyczny (jedyny zresztą) złoty medal dla polskich piłkarzy.

Znamienne słowa wygłosił wówczas do mikrofonu Jan Ciszewski. Legendarny sprawozdawca nie krył wzruszenia, krzycząc: „Mój Boże, co ja mam Państwu powiedzieć?”. Po wczorajszym meczu Startu w Bytomiu właściwie moglibyśmy powiedzieć napisać to samo. Z tą jednak różnicą, że nie mamy się czym pochwalić.

Spotkanie z Szombierkami zapowiadaliśmy jako „chwila prawdy”. Prawdy w tym, że jedna z ekip (a przy remisie dwie) musiała się przełamać. Jak wiemy, namysłowianie 7 wcześniejszych gier kończyli porażkami, natomiast w przypadku „Szombrów” czarna seria wynosiła 5 meczów z „zerowym przebiegiem”. W praktyce więc słaby miał rywalizować ze słabszym. W najczarniejszych snach nie przypuszczaliśmy jednak, że czerwono-czarni wracać będą z Bytomia z bagażem 6-ciu goli. A jednak. Paradoksem wczorajszej rywalizacji jest natomiast fakt, że za fatalny wynik trudno ganić... zespół! Wiemy, że brzmi to idiotycznie, ale nie żartujemy. Patrząc bowiem na skład, w jakim przyszło Startowi wystąpić, końcowy rezultat powinien być postrzegany w zupełnie innym świetle. O tym jednak w ostatnim akapicie relacji.

Początek zawodów, to tradycyjne, wzajemne badanie sił. Po grze na przedpolu Startu, w 6’ nasz zespół wyprowadził atak. Biliński zagrał ze środka do wbiegającego lewą flanką Krystiana Błacha. Jeden z bliźniaków znalazł się przy linii końcowej, po czym odegrał piłkę przed bramkę, gdzie nadbiegający Zajączkowski wepchnął ją z 3 metrów do bramki! Konsternacja na trybunach była w tym momencie spora, natomiast radość gości wielka.

Oszołomieni gospodarze „odgruzowali się” dopiero w 9’. Po dorzuceniu piłki z rzutu wolnego, Pączko próbował uderzenia z 14 metrów, został jednak zablokowany. Za chwilę (10’) z piłką wzdłuż linii (lewej) pognał Ciołek. Już w polu karnym klepnął „kulę” z Pączką i uderzył na bramkę. Kuleszka odbił ten strzał, a do dobitki na linii 16-tki wystartował Mróz. Ale i z jego uderzeniem nasz bramkarz sobie poradził. W 12’ Mróz pojawił się z prawej strony pod linią końcową, skąd miękko dorzucił przed bramkę. Nikt jednak nie sięgnął futbolówki i ta chwilę później została wybita w pole. Rzucały się w oczy ataki Szombierek skrzydłami, które – jak się później okazało – były dla namysłowian zabójcze. 14’, to atak prawym sektorem i centra Pączki. Do wybitej przez naszych obrońców piłki doskoczył na 18-tym metrze Rosiński, ale jego mocny strzał poszybował nad poprzeczką.

Nasz zespół dosyć spokojnie przyjmował ataki przeciwników, czekając niejako na ich ewentualny błąd. Takowy nastąpił w 18’, gdy w wyniku niezrozumienia graczy „Szombrów” w szesnastkę wbiegł Krystian Błach. Nasz defensor (grający ostatnio w roli bocznego pomocnika) znalazł się sam na sam z Szymurą, jednak jego uderzenie z 14-tu metrów przeleciało obok słupka. W tym momencie słychać było jęk zawodu ławki rezerwowych Startu, bowiem okazja na drugie trafienie była znakomita. Gdyby Krystian trafił na 2-0, to ten mecz mógł się naprawdę różnie ułożyć...

Bytomianie odpowiedzieli minutę później, gdy po dośrodkowaniu z rzutu wolnego (lewa strona), kolejną piłkę przed polem karnym „zebrał” piłkarz miejscowych. Był nim Thiel, który mocno uderzył w środek bramki. Kuleszka i tym razem wykazał czujność, odbijając piłkę, natomiast przy próbie dobitki był już faulowany.

Niestety, od kilku minut grający zbyt defensywnie Start w końcu stracił gola. W 20’ nasz zespół stracił piłkę w środku pola. Ta trafiła najpierw do Pączki, który odegrał do Thiela. Thiel został na środku przyblokowany i futbolówka w efekcie znalazła się na lewej stronie przy Ciołku. Robiący wiele wiatru gracz uderzył z 10 metrów po długim słupku i zrobiło się 1-1. Niebawem (23’) z 18 metrów uderzył Pączko, jednak Kuleszka nie miał większych kłopotów z opanowaniem lecącej w środek bramki piłki. Jeszcze w tej samej minucie czerwono-czarni zrewanżowali się rywalowi. Po akcji prawą stroną, futbolówkę w szesnastkę dograł Drapiewski. Doszedł do niej (w asyście stopera) Samborski, jednak jego uderzenie z kozłującej piłki poleciało w... kosmos.

To, co nie udało się gościom, wyszło Szombierkom, które w 24’ wyszły na prowadzenie. Tym razem na wysokości punktu karnego przyblokowany został Ciołek. Czterej zawodnicy Startu nie potrafili jednak wybić futbolówki, więc wyłuskał ją Pączko. Sprytnym podbiciem odskoczył do lewej strony, po czym strzałem po długim rogu zdobył gola. Cztery minuty później namysłowian dotknął kolejny dramat. W okolicach linii środkowej faulowany był Janda. Kamil długo nie podnosił się z boiska, nawet po interwencji masażysty Marka Gąski. Konieczna więc była zmiana (31’) i jedyny (!) rezerwowy na ławce Startu musiał wejść na murawę. Był nim młodziutki Jędrzej Gąska, syn naszego „masera”.

Tymczasem aktywny Ciołek w 34’ po raz kolejny oddał strzał. Nim jednak do niego doszło najpierw otrzymał crossową piłkę na lewą stronę, po czym zwodem wypracował sobie pozycję w narożniku szesnastki. Soczyste uderzenie poszybowało jednak metr od bliższego słupka bramki strzeżonej przez namysłowskiego golkipera. W rewanżu Zajączkowski wyłuskał piłkę na własnej połowie, po czym w asyście Bilińskiego popędził w kierunku bramki „Zielonych”. Będąc blisko szesnastki odegrał ją do wbiegającego w nią Samborskiego, który przy próbie uderzenia został zablokowany.

Mimo niekorzystnego wyniku, czerwono-czarni nie podejmowali zdecydowanych akcji zaczepnych. Rozgrywali raczej piłkę w bezpośrednim sąsiedztwie własnej bramki, częstokroć wycofując ją do Kuleszki, zatrudnianego w roli… stopera. 39’, to kolejny groźny strzał. Tym razem po ziemi z 18 metrów uderzył Jaromin, ale „skóra” poleciała obok słupka. W 41’ o mało nie straciliśmy trzeciego gola. Z kornera (lewego) dośrodkował przed bramkę Thiel. Najwyżej wyskoczył do niej Pączko, główkując w długi róg bramki. Na szczęście znalazł się tam Łątka, zażegnując niebezpieczeństwo wybiciem piłki z linii bramkowej. O niezłej grze z pierwszego kwadransa zostały już tylko wspomnienia. Nasi chłopcy zbyt łatwo bowiem przy próbach konstruowania akcji ofensywnych tracili piłkę z przodu.

Już w przedłużonym czasie gry bytomianie dwukrotnie zapędzili się w bezpośrednie sąsiedztwo namysłowskiej bramki. Najpierw (45+1’) po wymianie piłki Jaromina z Ciołkiem, ten drugi mocno uderzył z narożnika pola karnego. Trafił jednak w głowę stojącego mu na linii strzału Bilińskiego i piłka poleciała poza linię końcową. Z rzutu rożnego (45+2’) na bliższy słupek dośrodkował Thiel, a tam kąśliwym uderzeniem piętką popisał się Szafrański. Na szczęście futbolówka w niewielkiej odległości minęła spojenie i poleciała za bramkę.

Po pierwszym, obiecującym kwadransie, gdy Start objął prowadzenie i miał szansę wynik podwyższyć, do głosu doszli bytomianie. W ciągu 4 minut odwrócili losy spotkania i aż do zejścia na przerwę nadawali ton grze. Nasz zespół starał się odgryzać, ale coraz mocniej rozpędzający się rywale na wiele nam nie pozwalali. Inna sprawa, że sami niewiele byliśmy w stanie zdziałać. Mając piłkę przy nodze, nasi zawodnicy częściej wycofywali ją do bramkarza, niż starali się grać do przodu.

Już 19 sekund po zmianie stron Jaromin, po przypadkowym odbiciu się piłki od Bilińskiego, poszukał swojej szansy strzałem z dystansu. Bez oczekiwanego jednak z jego strony efektu. Niebawem (47’) zapachniało golem, gdy Jaromin zagrał do Mroza, a ten już spod linii końcowej zacentrował na dalszy słupek. Tam „szczupakiem” główkował Ciołek, ale Kuleszkę przytomnie asekurował Łątka, ponownie wybijając piłkę z linii bramkowej. W 48’ Szombierki osiągnęły cel, strzelając gola numer 3. Po błędzie Bilińskiego Ciołek wybiegł na spotkanie z namysłowskim „Dudkiem” i pewnym uderzeniem przy słupku sprawił sobie i kolegom z drużyny sporo radości. Z perspektywy 90 minut był to przełomowy moment meczu. Gracze „Szombrów” osiągnęli bowiem dwubramkowe prowadzenie i dopiero wtedy z impetem rozwinęli (dosłownie) skrzydła. Nasz zespół wyglądał natomiast na pogodzony z tym, że losów meczu już nie zdoła odwrócić. Inna sprawa, że przy tak skromnym potencjale piłkarskim graniczyłoby to z cudem.

W 53’ gospodarze egzekwowali rzut wolny. Centry spod linii autowej nikt nie przeciął i w końcu, po kolejnym koźle, przechwycił ją Kuleszka. Kolejna akcja – też miejscowych – miała miejsce w 58’. Wtedy to Pączko z lewej strony zagrał po ziemi przed linię szesnastki, a pozostawiony bez opieki Rosiński mocno uderzył obok słupka. Start był w tym czasie zepchnięty do defensywy i znów wspierał się Kuleszką w grze obronnej. Przez moment pojawiła się nadzieja na sytuację bramkową. W 60’ Bonar posłał bardzo dobrą piłkę za plecy stoperów, do której wystartował Samborski. Rafał zdołał wbiec w obręb pola karnego, jednak naciskany przez jednego z rywali nieczysto złożył się do strzału i Szymura spokojnie odprowadził futbolówkę wzrokiem, zmierzającą poza linię końcową. W kolejnej akcji piłka znalazła się w szesnastce Startu (61’). Pączko zagrał do Jaromina, a ten zdecydował się główkować z 13 metrów. Lecąca lobem „skóra” zaskakująco odbiła się od poprzeczki i wyszła w pole.

Oskrzydlające ataki Szombierek z każdą minutą były coraz bardziej niebezpieczne. Wprawdzie w 67’ Start ponownie pojawił się pod bramką gospodarzy, jednak w drugich 45 minutach nie był to widok powszechny. W opisywanej akcji Gąska podał na lewo do Łątki, który zdecydował się na silne dośrodkowanie. Urbaniak był jednak czujny, nie dopuszczając do zamieszania w polu bramkowym Szymury (wybił piłkę nad bramką). Bytomianie momentalnie nas skontrowali, i w finalnym momencie Pączko po asyście Ciołka trafił do siatki. Arbiter jednak gola nie uznał, gdyż w momencie podania Pączko był na pozycji spalonej. Trzy minuty (70’) później oglądaliśmy kopię opisanej sytuacji. Z tą jednak różnicą, że najpierw ze środka zagrywał do Ciołka Jaromin, a Ciołek podał przed bramkę Pączce. Tym razem nikt nie miał wątpliwości, że trafienie do siatki Pączki było już prawidłowe. Nasz zespół ledwie rozpoczął grę od środka, a w 72’ musiał to zrobić ponownie. Wtedy właśnie Pączko wycofał piłkę do Jaromina, który z dużym spokojem pokonał próbującego interweniować Kuleszkę. Dziura w środku pola, która powstała w namysłowskim zespole, została „zasypana” dopiero po utracie piątej bramki. Ale była to już sztuka dla sztuki, bo w tym momencie przegrywaliśmy 1-5.

Rozpędzeni bytomianie nie rezygnowali z kolejnych ataków, jednak nasi defensorzy unikali niebezpiecznych sytuacji. W 81’ uzyskaliśmy rzut wolny na 27 metrze, a mocne uderzenie Samborskiego wylądowało na ustawionym przez gospodarzy murze. Za chwilę (82’) Mróz mocno huknął z dystansu i Kuleszka musiał ratować się odbiciem piłki przed siebie. Momentalnie doskoczył do niej Makowski, z bliska przenosząc ją jednak nad poprzeczką. W 87’ znów zrobiło się pod naszą bramką gorąco. Z prawego sektora zagrał w szesnastkę Szafrański, a piłka trafiła do Ciołka. Ten zwodem minął próbującego zatrzymać go Szpaka, po czym ostro uderzył z 10 metrów. Golkiper Startu intuicyjnie odbił piłkę poza linię końcową. W ostatniej minucie regulaminowego czasu gry bramkową okazję stworzyli sobie namysłowianie. Zajączkowski zagrał do rozpędzającego się lewą stroną Samborskiego, który podciągnął z piłką pod linię końcową i zagrał na piąty metr. Gąska wbiegł jednak zbyt głęboko przed bramkę i futbolówka przeleciała już za nim. Nasz napastnik (mowa o Rafale Samborskim) zdecydował się jeszcze na strzał z 20 metrów (90+1’), ale nie trafił w światło bramki. Trafił za to minutę później Ciołek (90+2’), któremu piłkę z lewej strony wystawił Pączko (2 gole + 3 asysty tego zawodnika!). Dodajmy, że uderzenie (z 13 metrów) z pierwszej piłki Ciołka (ten z kolei skompletował hat-tricka) wylądowało w okienku bramki Kuleszki i było najefektowniejszym trafieniem meczu.

Jak wspomnieliśmy na wstępie, naprawdę trudno jest cokolwiek sensownego napisać po takim występie. Czerwono-czarni zostali bezceremonialnie rozbici przez zespół, który także nie należy do III-ligowych tuzów. Żeby była jasność, piłkarze Szombierek wcale nie wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Po prostu trafili na wyjątkowo słaby Start i rozprawili się z nim bardzo boleśnie. To była namysłowska „Krwawa niedziela”. A dlaczego Start był tego dnia bezbronny jak dziecko? Główną przyczyną była oczywiście absencja kilku zawodników na co dzień występujących w wyjściowym zestawieniu. Mowa tu o Zalwercie (pauza za kartki), Kamilu Błachu (kontuzja w meczu ze Skrą) oraz Żołnowskim, P.Pabiniaku i K.Smolarczyku. Nie było też Wilczyńskiego, który wciąż nie może uporać się z kontuzją, której nabawił się na początku sezonu. Przy naszym i tak skromnym potencjale, brak wspomnianych piłkarzy musiał się odbić na zespole. Że objęliśmy prowadzenie? Chwała chłopakom za to, jak i za walkę przez cały mecz. Nasi zawodnicy zostawili na boisku zdrowie, ale już braku jakości nie byli w stanie tuszować przez pełne 90 minut. Dlatego trudno nawet złościć się na nich za końcowy wynik, który jest upokarzający. Drapiewski czy Gąska, to młodziki, które dopiero poznają smak dorosłej piłki. Podobnie jest z Lizakiem i Jandą, dla których obecny sezon też jest pierwszym w seniorskim futbolu. A przecież niewiele większe doświadczenie ma Krystian Błach. Ci chłopcy dopiero się uczą gry, tymczasem w Bytomiu mieli być równorzędnym przeciwnikiem dla także młodej ekipy, ale mimo wszystko o większym (jak to na Śląsku) potencjale. Futbol, to gra błędów, których III liga nie wybacza. A tych przydarzyło się nam w niedzielę naprawdę sporo. Stąd pół tuzina goli w siatce, choć po prawdzie, mogło być ich nawet więcej.

12-tu zawodników w protokóle meczowym, to nie jest normalna sytuacja nawet w okręgówce. A tak było ze Startem w Bytomiu. Z naszej strony zagrał zespół o bardzo skromnym potencjale i Szombierki z tej okoliczności skorzystały wręcz brutalnie. Parafrazując klasyka, „źle się dzieje w państwie namysłowskim”. Organizacja i finanse nie wyglądają w klubie dobrze, ale do tej pory chłopcy zaciskali zęby w imię zasady „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Można jednak odnieść wrażenie, że przeciągający się marazm zaczyna też odbijać się na szatni. Oby okazało się to sytuacją jednorazową, bo w innym przypadku wpadniemy w jeszcze większe tarapaty. Jesienią zostały nam jeszcze dwa mecze do rozegrania (z Górnikiem Wesoła i pucharowy w Łanach), a po nich... No właśnie, pytanie „Co dalej?”, to dziś największa zagadka w Starcie Namysłów. Klub znalazł się na ostrym zakręcie i należy zrobić wszystko, aby się z niego jak najszybciej wydostał. Inaczej wczorajsza „Krwawa niedziela” może się okazać jakimś mrocznym punktem odniesienia... [KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy