Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

Flaki z olejem

Odsłony: 1350

 

Oczekiwanego przez kibiców przełamania wciąż nie ma. Wprawdzie w sobotę namysłowski Start zdołał przerwać fatalną bessę 5-ciu kolejnych porażek na swoim stadionie, remisując 1-1 z OKS-em Olesno, ale nadal w obecnym sezonie pozostaje bez zwycięstwa. A właśnie sukcesów i kompletów punktów oczekują czerwono-czarni fani. Tymczasem ekipa Damiana Zalwerta z wielkim trudem powiększa swój skromny dorobek i w dalszym ciągu okupuje jedno z ostatnich miejsc w IV-ligowym rankingu. Punkt wywalczony po bardzo kiepskim meczu w wykonaniu obu zespołów nie daje nam pełnej satysfakcji, ale w obecnej rzeczywistości należy go szanować. Gorzej, że nasza seria bez zwycięstwa (licząc z końcówką poprzednich rozgrywek), w sobotę wydłużyła się do 12 meczów… Jak wyglądał przebieg rywalizacji z oleśnianami i dlaczego nie sięgnęliśmy po zwycięstwo, mimo, że była na to szansa? O tym w kolejnych akapitach.

Rzadko, ale czasem zdarzają się tak nudne spotkania, że nie bardzo jest co wpisać w notatnik. Akcje są miałkie, szarpane, bez tempa. Do tego na murawie brakuje elementarnej precyzji pod kątem wymiany dwóch-trzech podań. I taki przebieg miał właśnie sobotni mecz, na którym nieliczna publika (frekwencja na namysłowskim stadionie jest ostatnio dramatyczna, w sobotę sięgnęła fatalnej liczby 60 osób) setnie się wynudziła. Chyba najbardziej uczciwym komentarzem z naszej strony byłby mówiący o tym, że mecz właściwie się odbył. I nic więcej. No może ewentualnie można to jeszcze spuentować, że były to piłkarskie „flaki z olejem”. Ale żebyśmy byli w porządku wobec czytelników, kilka akcji jednak na przestrzeni 90 minut obie jedenastki wypracowały. Pierwsi odważniej zaatakowali czerwono-czarni, jednak w kierunku prostopadle granej piłki do naszego napastnika wystartował także stojący między słupkami Sładek i to on okazał się szybszy. Ale od początku zawodów piłka poruszała się głównie w środkowych rejonach boiska, a pod bramkami wiało przysłowiową nudą. W 17’ po dalekim wyrzucie piłki z autu jeden z namysłowian główkował w okolicy bramki, tyle, że w boczną siatkę. A schowani za podwójną gardą oleśnianie pierwszy raz zaatakowali w 21’. I trzeba dodać, od razu skutecznie. Po przechwycie futbolówki przez golkipera OKS-u, ten od razu dalekim wykopem wznowił grę. Odbijającą się na namysłowskiej połowie „skórę” przechwycił Hober, po czym zabrał się z nią, a następnie oszukał dwóch namysłowian, dogrywając piłkę przed bramkę. Tam czyhał już na podanie wbiegający Węglarz, który uprzedził naszego stopera i pewnym uderzeniem z kilku metrów pod poprzeczkę dał gościom prowadzenie. Niebawem zaskoczeni takim obrotem sprawy czerwono-czarni mogli stracić drugiego gola (24’) tyle, że kapitalną interwencją popisał się Zając, zatrzymując szarżującego w jego kierunku Kowalczyka. Obrona akcji „sam na sam” z pewnością podbudowała nie tylko namysłowskiego goalie, ale i jego kolegów z pola. Jeszcze w 30’ na strzał z dystansu zdecydował się Jeziorowski, tyle, że „kula” po korpusie jednego z namysłowian poleciała obok bramki. A czerwono-czarni? Po prawdzie nie stworzyli klarownej okazji, choć to oni posiadali przewagę w polu, częściej posiadając piłkę przy nodze. Wiemy jednak nie od dziś, że statystyką punktów się nie zdobywa, więc na przerwę schodziliśmy na minusie.

Pierwsza część nikogo na kolana nie rzuciła. Leniwe tempo gry, do tego brak płynności z obu stron, poparty defensywnym ustawieniem Olesna. Namysłowianie może i przejawiali większą inicjatywę, ale nie mieli argumentów ku temu, aby zaskoczyć przeciwników jakąś błyskotliwą akcją. Nudy na pudy, tyle, że nie mieliśmy w garści nawet bezbramkowego remisu, bo Hober do spółki z Węglarzem raz oszukali naszą obronę i OKS skromnie prowadził. Rywale oparli swoją grę tylko i wyłącznie na dalekich podaniach z własnej połowy (także od bramkarza), bo w polu nic im się nie kleiło. Dwa wykopy nic nie wniosły, ale trzeci już został wykorzystany. Wolicjonalnie goście też wyglądali gorzej niż gospodarze, niemniej ważne było, że to oni prowadzili.

Drugie 45 minut wyglądało bardzo podobnie do tych sprzed przerwy. Właściwie przez pierwszy kwadrans żadna z drużyn nie przedostała się ze strzałem pod bramkę przeciwnika. Sporo było za to gry szarpanej, przerywanej przez sędziego w wyniku zwiększonego natężenia fauli. Piłkarze narzekali na pracę arbitra, ale o ile Wojciech Białowąs nie jest naszym ulubionym rozjemcą, to trudno znaleźć konkretne powody do utyskiwania na jego pracę. Bo sędziował więcej niż poprawnie. W 63’ namysłowianie egzekwowali korner, po którym na przedpolu oleśnian powstało duże zamieszanie. Nikt jednak z czerwono-czarnych nie zdołał zachować zimnej krwi i dołożyć w decydującym momencie nogi. Dlatego też za chwilę zagrożenie minęło. Niebawem (65’) Kowalczyk próbował strzału z dystansu, ale celownik nie był tego dnia dobrze u tego piłkarza wyregulowany. Wreszcie nadeszła 69’, w której Start po raz kolejny wykonywał rzut rożny. Świerczyński dorzucił piłkę przed bramkę, a tam najwyżej wyskoczył do niej Żołnowski i pewnym strzałem głową doprowadził do wyrównania. Trzeba przyznać, że „Żołi”, gdy po zmianie stron pojawił się na murawie za Zielińskiego (w 55’), dodał poczynaniom Startu jakości, dzięki czemu chłopcy nieco lepiej prezentowali się w grze pozycyjnej. Przycisnęliśmy jeszcze bardziej gości, choć nie skutkowało to zagrożeniem z akcji, ale kolejnymi stałymi fragmentami. Niebawem centrostrzał jednego z namysłowian omal nie przyniósł drugiego trafienia, tyle, że Sładek w porę się w paraboli lotu futbolówki zorientował i zdołał ją przerzucić nad poprzeczką. Gol napędził Start do aktywniejszej gry w ofensywie, przez co chłopcy szukali okazji do zdobycia zwycięskiego trafienia. Takowej sobie jednak nie wypracowali. Goście pogubili się po trafieniu Żołnowskiego, często w prosty sposób tracąc piłkę, do tego mając spore kłopoty z jej utrzymaniem pod swoimi butami. Taki obraz oglądaliśmy przez ostatnie dwadzieścia minut zawodów, ale wynik spotkania już się nie zmienił.

Remis na własnym terenie z mizernie prezentującym się tego dnia przeciwnikiem nie był szczytem marzeń kibiców, ale pretensje nasi piłkarze mogą mieć tylko do siebie. Trener Zalwert próbował na bieżąco korygować grę swojej drużyny, ta jednak też niewiele lepiej wyglądała na tle asekuracyjnie i bez pomysłu grających oleśnian. OKS naprawdę grał chaotycznie i pozwalał naszej drużynie na wiele, tyle, że nie mieliśmy argumentów i dostatecznej siły przebicia w ofensywie, aby z tego skorzystać. Optycznie i owszem, piłka była po naszej stronie i to my teoretycznie mogliśmy rozdawać boiskowe karty. Ale mieć piłkę przy nodze, a umieć zrobić z nią pożytek, to jednak dwie różne kwestie. Namysłowianie kończą spotkanie remisem, który okazał się drugim z rzędu (po cennym wyjazdowym podziale punktów w Ozimku). To nie jest powód do szczególnej radości, ale biorąc pod uwagę okoliczności przedstawione przez nas na wstępie, należy go jednak szanować. Bo jak mówi stare piłkarskie powiedzenie „jeśli nie potrafisz wygrać, to spróbuj chociaż nie przegrać”. I tak się właśnie stało. Oczywiście możemy teraz gdybać, co by było, gdyby to Start pierwszy objął prowadzenie, ale szczerze mówiąc za dużo w obecnym sezonie gdybamy. Z gdybania i owszem, pewnie moglibyśmy mieć o 10 punktów na swoim koncie, ale liczy się gra i to, co wpadnie do bramki przeciwnika. A że niewiele na razie wpadło, a zdecydowanie za dużo do czerwono-czarnej sieci, to i aktualna statystyka Startu jest bardzo mizerna. 7 meczów za nami, tylko 3 punkty, w bramkach 5-13 i odległe 16. miejsce.

Warto wspomnieć, że nietypowa pora meczu (12:30) miała związek ze ślubem trenera siatkarzy Startu (a jednocześnie bramkarza szerokiej kadry piłkarzy), Stefana Kosteckiego. Nasz coach zaprosił parę osób związanych ściśle z czerwono-czarnymi na wesele, więc należało się logistycznie do tego przygotować. Z kolei absencja Patryka i Łukasza Pabiniaków oraz kierownika drużyny Mariusza Kowalika, spowodowana była udziałem całej trójki w… zawodach bowlingowych. Ekipa „Zorzy Namysłów” walczy o awans do ekstraklasy i akurat terminy się nałożyły, więc żelazny skład bowlerów postanowił wspomóc pozostałych członków ekipy. Jasne, mogą pojawić się głosy, że priorytetem w obu przypadkach powinien być futbol o stałej godzinie, ale w warunkach amatorskich to nic zaskakującego.

O meczu Startu z OKS-em szybko zapomnimy, bo ciężko cokolwiek pozytywnego z tego spotkania wyciągnąć. Może poza tym skromnym punktem, wywalczonym po wynikowym „pościgu” za przeciwnikiem. Więcej jednak pozytywów nie da się ze spotkania zarejestrować na dłużej. Zresztą to już nieistotne. Za tydzień (wyjątkowo w niedzielę, a nie w sobotę) podopieczni Damiana Zalwerta pojadą do Gronowic, gdzie zmierzą się z LZS-em, bardzo dobrze spisującym się w obecnych rozgrywkach beniaminkiem IV ligi opolskiej. O punkty i tym razem wcale łatwo nie będzie, ale my mamy nadzieję, że czerwono-czarni wreszcie pokażą się z dobrej i konsekwentnej strony (a inspiracją niech będą niedawne spotkania pucharowe) i w końcu sięgną po 3 punkty. Czas już na taką zdobycz najwyższy! [KK]

 

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy