Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

Mocno obity, ale waleczny bokser

Odsłony: 1026

 

Sierpień miesiącem frustracji. Tak na razie namysłowscy kibice mogą określać postawę swoich pupili w trwającym od kilkunastu dni nowym sezonie IV ligi opolskiej. Za nami trzeci mecz, który zespół rozegrał w świąteczny wtorek i niestety, byliśmy świadkami trzeciej porażki. Podopieczni Damiana Zalwerta zagrali bardzo nierówne zawody i stąd po ostatnim gwizdku mocno mieszane odczucia fanów. Z jednej strony zżymaliśmy się na kolejną porażkę, a z drugiej żałowaliśmy, że ten zwariowany mecz nie zakończył się punktowanym rozstrzygnięciem. Niestety, o przegranej zadecydował fatalny początek, gdyż po 22 minutach leżeliśmy na przysłowiowych deskach, przegrywając aż 0-3! Dopiero gol namysłowian w 29’ dał impuls do walki. Walki zaciętej i wyrównanej, momentami nawet na naszych warunkach. Ale żadne to pocieszenie skoro przy namysłowianach w tabeli nic się nie zmieniło. Wciąż z zerem na koncie zamykamy tabelę, a nadzieje na lepsze jutro zostały mocno nadwątlone. Nie mamy jednak jako kibice wielkiego wyboru. Możemy dopingować chłopaków do lepszej gry i życzyć im, aby jak najszybciej zdołali się przełamać. Bo jeśli nie nastąpi to w sierpniu (a przed nami w tym okresie jeszcze dwa spotkania ligowe i jedno pucharowe), to już u progu roku szkolnego znajdziemy się w mocno niekomfortowej sytuacji. Póki co, nie zamierzamy kreować czarnych scenariuszy, ale na uczciwy opis tego, co wydarzyło się we wtorkowe popołudnie przy Pułaskiego 5 już jak najbardziej zapraszamy.

Trudno racjonalnie wytłumaczyć postawę namysłowian w pierwszych 22 minutach zawodów. To, co wyprawiali czerwono-czarni na murawie, wołało o pomstę do nieba. Rozkojarzenie, brak zdecydowania i decyzji, problem z rozegraniem piłki i szybkie straty. Efekt? Większyczanie boleśnie nas wypunktowali i – zachowując terminologię bokserską – trzykrotnie posłali na deski. Groźnie zrobiło się już w 2’. Po akcji lewą stroną jeden z pomocników wycofał piłkę na 20 metr do Łebkowskiego, który uderzył mocno po ziemi. Zacharski odbił jednak piłkę do boku, a po chwili nakrył ciałem. Nieprzyjemnie zrobiło się też pod namysłowską bramką w 5’, co było efektem błędów w komunikacji Drapiewskiego i „Zachara”. W efekcie A.Blaucik uderzył z 26 metrów w kierunku opuszczonej świątyni gospodarzy, ale – ku naszemu szczęściu – piłka poszybowała nad poprzeczką. Tyle szczęścia nie mieliśmy w 11’, gdy po zagraniu długiej piłki nad namysłowską defensywą, złą interwencję Drapiewskiego wykorzystał Jędrzejczyk, strzałem z 10 metrów na dalszy słupek pokonując Zacharskiego. Nasz zespół był utratą gola mocno zdziwiony. A konkretnie zszokowany 3 minuty później. Wtedy bowiem (14’) po dośrodkowaniu „kuli” z prawego sektora boiska na 5 metr, jeden z przeciwników zgrał ją krótko do Jędrzejczyka, a ten z najbliższej odległości dopełnił formalności i zrobiło się 0-2! Rozochoceni łatwością w dochodzeniu do sytuacji strzałowych goście nie zamierzali zwalniać i w 18’ znów nam zagrozili. Po kontrze 3 na 2 Łebkowski dograł „skórę” Jędrzejczykowi, który wyszedł sam na sam z Zacharskim. Nasz młody golkiper popisał się jednak świetną interwencją nogami, odbijając piłkę. Dopadł jednak do niej Łebkowski i z 16 metrów natychmiast uderzył. Ale znów dopisało nam szczęście, bo futbolówka ostemplowała poprzeczkę. W 22’ po długim wybiciu „kuli” Zacharski na 30 metrze przejął ją i próbował zwodem oszukać atakującego go Jędrzejczyka. Sztuka ta mu się jednak nie udała. Rywal zabrał mu piłkę i popędził na bramkę, uderzając między słupki. Sytuację próbował jeszcze ratować wślizgiem Krystian Błach, ale „kula” ocierając o jego nogę i tak ostatecznie znalazła drogę do bramki. Mieliśmy 22’, a Start przegrywał już 0-3! To był koszmar i klasyczny nokaut, po którym nikt z widzów nie zaryzykowałby złotówki, że Start zdoła jeszcze cokolwiek w tym spotkaniu wskórać. W 26’ w końcu jednak to nasz zespół wyszedł z atakiem. Po dośrodkowaniu z kornera Bilińskiego głową uderzył Krystian Błach, lecz futbolówka przeszła obok większyckiego „prostokąta”. W 29’ namysłowianie przeprowadzili szybki atak. Biczysko zagrał do P.Pabiniaka, który wpadł w szesnastkę i uderzył w światło bramki. Golkiper Po-Ra-Wia zdołał jednak sparować strzał poza linię końcową. Z kornera ponownie dośrodkował Biliński i znów do Krystiana Błach, który na długim słupku tym razem precyzyjnie przyłożył głowę i trafił „kulą” (po odbiciu się jej jeszcze od słupka) do siatki. Ten gol wyraźnie dał tlen chłopakom, którzy w końcu obudzili się z wcześniejszego letargu i zaczęli walczyć. W 33’ uderzenie Bilińskiego z rzutu wolnego (33 metry od bramki) przeszło dosłownie o centymetry od świątyni Po-Ra-Wia, a przecierający oczy ze zdumienia kibice tylko jęknęli. Za chwilę (34’) Smolarczyk ograł na prawej flance obrońcę i podał piłkę na 10 metr do P.Pabiniaka. Patryk dobrze uderzył, ale stojący na drodze futbolówki obrońca zdołał strzał zablokować. W tym momencie namysłowianie ostro reklamowali zagranie ręką, jednak arbiter był głuchy na te krzyki i nakazał grać dalej. Ławka rezerwowych, jak i trybuny Startu mocno jednak zawrzały, nie godząc się z interpretacją Pana w czerni. Nie minęła minuta (35’), a wśród namysłowian znów się zagotowało i to nawet mocniej. Tym razem za sprawą centrostrzału (przypadkowego, to fakt) Kostrzewy, który chciał dośrodkować piłkę, ale ta nabrała zaskakującej rotacji i po odbiciu się od dalszego słupka wpadła do siatki. Już zza linii bramkowej wygarnął ją M.Blaucik, czego jednak ani liniowy ani główny nie zauważyli. Jazgot na trybunach był konkretny, a pretensje gospodarzy uzasadnione. Nie mamy jednak na poziomie IV ligi możliwości skorzystania z Systemu VAR, więc gra toczyła się dalej, a kibice i namysłowska ławka rezerwowych psioczyli na sędziego. W ostatnich 10 minutach przed przerwą częściej w posiadaniu piłki byli namysłowianie, ale nie byli już w stanie zagrozić czujnym większyczanom. Dlatego też przy stanie 1-3 obie jedenastki zeszły na przerwę.

Do połowy połowy Start wyglądał ka-tas-tro-fal-nie! Żadnego pomysłu na grę, łatwe straty, poważne błędy. Dlatego niczym bokser znaleźliśmy się na deskach. W futbolu jednak nie da się rzucić ręcznika na ring (znaczy murawę), co w naszym przypadku okazałoby się… błędem. Bo w najmniej spodziewanym momencie czerwono-czarni ruszyli do przodu, zdobyli gola po stałym fragmencie gry, do tego też dwukrotnie gotując się na arbitra, że ten im nie sprzyjał w kontrowersyjnych sytuacjach. Ekipa Damiana Zalwerta zaczęła walczyć i faktem tym zdziwieni byli chyba nawet goście, którzy pewnie nie pamiętają, kiedy tak łatwo ustawili sobie wynik meczu w ciągu dwudziestu paru minut. Z jednej strony złość i frustracja, że tak frajersko daliśmy sobie strzelić bramki, a z drugiej nadzieja, że może jeszcze nie wszystko stracone…

No i rzeczywiście nadzieje na korzystny wynik momentalnie urosły już w 46’. Wtedy to lewym skrzydłem popędził z piłką Szczygieł, który podał w pole karne do Smolarczyka. „Smolar” momentalnie huknął z linii szesnastki, a futbolówka poszybowała w okienko bramki Po-Ra-Wia. Piękny gol, który mógłby być ozdobą każdego stadionu świata. No i gol, który dawał namysłowianom nadzieję, że jednak zdołają uratować mecz. Ale goście nie zamierzali biernie przyglądać się włączaniu wyższego biegu przez Start i za chwilę nas zredukowali. W 51’ Jędrzejczyk przyjął „skórę” w szesnastce z obrońcą na plecach i uderzył po długim słupku. Piłka jednak po nodze innego namysłowianina poleciała poza linię końcową. Z kolei w 54’ będący tego dnia w ogromnym gazie Jędrzejczyk po ograniu jednego ze stoperów zdecydował się z 20 metrów uderzyć. Tym razem futbolówka o pół metra minęła świątynię 17-letniego golkipera Startu. Dwa ostrzeżenia w krótkim czasie były czytelnym sygnałem wysłanym przez rywali, że mecz się dla nich wcale nie skończył. No i w 59’ trafili nas po raz czwarty. Na 18 metrze piłkę otrzymał Jędrzejczyk i uderzył w kierunku dalszego słupka. Odbita piłka wyszła jednak w pole, gdzie dopadł do niej Łebkowski i poprawił z 20 metrów, ale trafił w słupek. Nikt z czerwono-czarnych nie zareagował, więc do kolejnej poprawki doskoczył Jędrzejczyk i tym razem z 8 metrów skierował już „kulę” do siatki. Już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską i… wyłapaliśmy nokdaun numer cztery. W 62’ Smolarczyk wygrał pojedynek na lewej flance z rywalem, po czym wpadł w pole karne. Tam jednak zabrakło mu zdecydowania, bo zamiast strzelać lub odgrywać do P.Pabiniaka, „Smolar” stracił piłkę w dryblingu. A za moment (63’) sytuacja mocno nam się skomplikowała, bowiem po obejrzeniu drugiego żółtego kartonika boisko przedwcześnie opuścił Ptak. W 70’ kontrę gości bardzo niecelnym strzałem z 20 metrów sfinalizował Szafarczyk. Z kolei w 71’ niepilnowany Kierdal trafił z 26 metrów piłką w słupek i ta wyszła w pole. Znów dopisało nam szczęście. Tymczasem w 78’ w tym piłkarskim rollercoasterze ponownie pojawiło się w namysłowskim obozie światełko w tunelu, gdy po akcji Smolarczyka i zagraniu ręką w szesnastce przez obrońcę arbiter podyktował rzut karny. Podszedł do niego nasz stały egzekutor P.Pabiniak, który jednak uderzył nad poprzeczką. No i nadzieje prysły jak bańka mydlana… Rywale odpowiedzieli w 80’ strzałem po rozegraniu rzutu wolnego. Zacharski zdołał jednak zażegnać niebezpieczeństwo po uderzeniu autora czterech goli Jędrzejczyka. Za chwilę (81’) Smolarczyk wygrał walkę o piłkę z defensorem i wjechał kolejny raz w pole karne, po czym próbował zaskoczyć M.Blaucika uderzeniem z ostrego kąta. Goalie Po-Ra-Wia świetnie się jednak zachował i trudny strzał zastopował. Niebawem (84’) P.Pabiniak oszukał swojego plastra i z 15 metrów mierzył po długim słupku. I tym razem górą był M.Blaucik, świetną paradą ekspediując „skórę” do boku. W 86’ nikt nie zdołał przeciąć mocno wstrzelonej piłki z wolnego P.Pabiniaka i bramkarz LKS-u z wielkim trudem zdołał ją wypiąstkować przed siebie. Poszła szybka kontra i jeden z większyczan zakończył ją uderzeniem tuż nad namysłowską poprzeczką. Ostatnim akcentem meczu była akcja z 90’, gdy P.Pabiniak po indywidualnym ataku sieknął z 25 metrów pół metra od świątyni gości.

Po dziwnym spotkaniu (chodzi o jego przebieg) przegrywamy z Po-Ra-Wiem Większyce 2-4. Czy to porażka zasłużona? Jeśli się traci cztery bramki i do tego dwa razy ratuje nas słupek, to trudno mówić o pechu. Przegraliśmy, bo straciliśmy dwukrotnie więcej goli, niż zdołaliśmy strzelić. Oczywiście główną przyczynę porażki łatwo jest wskazać – to fatalna postawa w początkowej fazie meczu, w której nic nam nie wychodziło i w której rywal brutalnie z prezentów i niezdecydowania Startu skorzystał. Ale dziś trzymamy się terminologii bokserskiej, o której dawniej mówiło się, że to szermierka na pięści. Kiedyś tak, dziś już coraz częściej to typowe uliczne młócki. W taką młóckę wdał się namysłowski Start, który w pierwszych rundach trzykrotnie wylądował na dechach i właściwie nic nie wskazywało, że dotrzyma do końca kilkunastorundowej walki. Tymczasem nasz bokser (znaczy Start) zdołał się po ciężkich ciosach podnieść i w środkowej fazie bijatyki zaczął odrabiać początkowe straty. Ba, sam zadał dwa ciosy, po których przeciwnikiem mocno zachwiało. Ale w decydujących fragmentach najpierw za cios poniżej pasa odjęto nam jeden umowny punkty (czerwona kartka Ptaka), a za chwilę rywal znów wyprowadził cios, po którym nas zamroczyło. Owszem, do końca walczyliśmy z mocnym przeciwnikiem i w końcówce mieliśmy okazję, żeby mu po raz trzeci mocno przyłożyć, ale konkretny lewy sierp minął celu (przestrzelony karny P.Pabiniaka) i ostatecznie z ringu zeszliśmy pokonani. Okazaliśmy się mocno obitym, ale walecznym bokserem. Pocieszamy się jedynie tym, że nie doszło do nokautu, więc jest nadzieja, że co nas nie zabije, to wzmocni. I z tym nastawieniem oczekujemy kolejnej walki, która przed nami już w sobotę w Krasiejowie. [MK, KK]

 

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy