Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

ARCHIWUM

Sukces... wyrąbany u "Drwali"

Odsłony: 19124

Przed spotkaniem w Jaworznie, w obozach Szczakowianki i Startu wyczuwalne było spore napięcie. Grający niegdyś w Ekstraklasie gospodarze, po 4 latach wrócili

na stary obiekt, z którym mają przede wszystkim miłe wspomnienia związane z kolejnymi awansami. Poza tym u „Drwali” doszło do sporych zmian w kadrze, z założenia mających dać impuls do lepszej gry oraz perspektywy powiększania skromnego dorobku punktowego. Jaworznianie przed spotkaniem nie ukrywali zresztą, że interesują ich tylko 3 punkty. Namysłowianie prezentowali się pod tym względem znacznie skromniej, choć i w naszej ekipie drobne korekty nastąpiły. Istotnym jednak było, że nasi chłopcy w jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie wybrali się z mocnym postanowieniem rehabilitacji. Nie tyle za nieudany wynik sprzed tygodnia (porażka 0-3 w pucharze z IV-ligowym Chemikiem), co przerwania bessy 9 kolejnych porażek w rundzie jesiennej. W założeniu słaby miał zagrać ze słabszym (przed grą obie drużyny miały na koncie solidarnie po 10 punktów ugranych w 16 meczach) i mało kto liczył na fajerwerki. Tymczasem po ostatnim gwizdku arbitra z Bielska-Białej okazało się, że dramatyzmem i emocjami sobotniej rywalizacji Szczakowianki ze Startem moglibyśmy obdzielić kilka innych meczów.
Preludium do meczu było powitanie kibiców przez klubowych działaczy, którzy przy okazji podziękowali władzom miasta za wsparcie. Po tym wstępie arbiter zaprosił obie jedenastki na środek, gdzie po krótkim okresie wzajemnego badania, pierwsi pod bramkę zawitali gospodarze. W 3’ po błędzie Żołnowskiego (nie zauważył atakującego go z tyłu rywala i stracił piłkę) jaworznianie rozegrali klepkę w trójkącie, po której Mrożek groźnie uderzył po ziemi (z 18 metrów) obok bramki. Czerwono-czarni zrewanżowali się bardzo groźną akcją z 6’, mając szansę na objęcie prowadzenia. Miejscowi stracili futbolówkę na 40-tym metrze na rzecz Szpaka, który momentalnie uruchomił szybkiego Samborskiego. Rafał został jednak zablokowany przez bramkarza na wysokości 14 metrów, a do odbitej piłki doskoczył jeszcze Jordan, próbując znaleźć lukę między Smokiem i jednym z asekurujących go stoperów. Strzelił z 17-tu metrów po ziemi, ale futbolówka ponownie trafiła w nogi jednego z przeciwników i zagrożenie minęło. Za moment gra przeniosła się pod szesnastkę Startu. Tam Chrzanowski zwiódł w narożniku Krystiana Błacha, lecz jego strzał z 14 metrów był bardzo nieprecyzyjny i „kula” poszybowała daleko od świątyni debiutującego w NKS-ie Węglarskiego.
Namysłowianie wcale nie zamierzali oddawać pola przeciwnikom, więc za chwilę to ich widzieliśmy w roli atakujących. W 8’ Kamil Błach minął przy prawym kornerze dwóch rywali, po czym odegrał „skórę” w stronę nadbiegającego w narożnik pola karnego Bonara, którego w ostatniej chwili ubiegł jeden ze stoperów. Następne minuty, to sporo walki na niewielkiej przestrzeni, ale też trochę niedokładności w rozegraniu, z czym szybciej uporali się miejscowi. W 12’ gracze Szczakowianki spowodowali euforię na trybunach, po tym jak Mrożek dał jej prowadzenie. Gola poprzedziło dośrodkowanie z kornera Frasia i odbicie piłki od jednego z naszych interweniujących przed polem bramkowym piłkarzy. Nabiegł na nią wspomniany Mrożek, który prostym podbiciem z 15 metrów ulokował „skórę” w siatce (zasłonięty Węglarski miał niewiele do powiedzenia). Niedługo potem (14’) przerzut Chrzanowskiego trafił na prawą stronę do Frasia, który dwoma zwodami oszukał dwóch naszych defensorów i z narożnika szesnastki uderzył obok spojenia „dalszego” słupka namysłowskiej bramki.
W tym okresie miejscowi byli zdecydowanie bardziej skuteczni w zbieraniu tzw. „drugich piłek”, co przekładało się na jej posiadanie. Nasz zespół miał trudności z przebijaniem się środkiem pola i pewnie dlatego starał się zagrywać do boku. Po jednym z takich podań (22’) faulowany przy linii bocznej był Jordan. Do rzutu wolnego (prawy sektor) podszedł Szpak, zagrywając daleką piłkę na przedpole Szczakowianki. Ta trafiła na głowę zamykającego akcję Żołnowskiego, który do końca czekał co zrobi bramkarz. Smok nie przejął jednak futbolówki (choć wyskoczył do niej), więc „Żołi” z dużym spokojem skierował ją z 8 metrów do pustej bramki. Zaskoczeni utratą bramki miejscowi nieco wyhamowali, a czerwono-czarni szukali kolejnych okazji bramkowych. W 25’ Bonar mógł chyba strzelać z 16-tu metrów, zamiast szukać podania (zablokowanego) do Samborskiego. Za chwilę Żołnowski nieprzepisowo powstrzymał jednego z rywali, za co otrzymał żółty kartonik, a Fraś możliwość strzału z wolnego. Ten ostatni dograł „kulę” do Malickiego, którego w momencie strzału z powietrza zablokował Zalwert.
To jednak nasz zespół w kolejnych minutach trzykrotnie zagroził bramce Smoka. Najpierw (29’) długie podanie Żołnowskiego trafiło do Kamila Błacha, który momentalnie odegrał Samborskiemu. Rafał znalazł się „1 na 1” ze Smokiem przy polu bramkowym, ale nie zdołał go pokonać. W tej samej minucie Szpak dorzucił świetną piłkę (z prawej flanki) do stojącego na 12-tym metrze „Sambora”, lecz ten źle przyjął piłkę i stoper zdołał mu ją wyłuskać. Wreszcie w 32’ nasz zespół zaprezentował szybką wymianę podań, po której objęliśmy prowadzenie. Węglarski zagrał daleko na lewą stronę do Kamila Błacha. Ten spod linii końcowej podał do Samborskiego, który wycofał „skórę” do wbiegającego w 16-tkę Bonara. Łukasz uderzył po ziemi, Smok odbił piłkę do boku, a asekurujący akcję Krystian Błach doskoczył do niej na 6-tym metrze (z prawej strony) i precyzyjnie uderzył pod poprzeczkę! Uspokojenie gry w środku pola przez nas zespół, kilka minut później dało wymierne efekty w postaci drugiego trafienia.
Jaworznianie próbowali odpowiedzieć 3 minuty potem (35’), ale uderzenie Sermaka z 25 metrów poszybowało Panu Bogu w okno. Za chwilę po grze na jeden kontakt z Mrożkiem, Sermak ostro kropnął z okolic linii szesnastki. Żołnowski zdołał jednak zablokować groźną próbę i mogliśmy odetchnąć. Wcześniej nasz stoper seryjnie ściągał z głów górne piłki wrzucane na namysłowskie przedpole, będąc w tym elemencie praktycznie bezbłędnym. W 41’ Bonar sfaulował przy prawej linii pola karnego Frasia. Chrzanowski dorzucił „kulę” na środek, wybił ją główką Kamoś, a uderzenie Frasia wylądowało w rękawicach Węglarskiego. Za chwilę oglądaliśmy kolejne starcie „Boniego” z Frasiem, po którym ten drugi runął na murawę, a arbiter słownie upomniał naszego twardo walczącego pomocnika. 45’, to złe wyrzucenie piłki przez Węglarskiego i przejęcie jej przez rywali. Sermak starał się z tego nieoczekiwanego prezentu skorzystać, ale z jego strzałem nasz młody bramkarz poradził sobie, naprawiając błąd sprzed chwili. Ostatnim zdarzeniem przed przerwą było natomiast „zwarcie” Szpaka z Chrzanowskim. Arbiter doskoczył do obu, próbując łagodzić i tak nerwową już boiskową sytuację (w tej konkretnej Szpaka wspomniany przeciwnik akurat faulował).
Po pierwszej połowie powody do zadowolenia mogli mieć tylko piłkarze z Namysłowa. Rywale posiadali lekką przewagę w polu tylko do mementu utraty gola, a ich bramkowe aktywa skończyły się na jednym trafieniu. Faktem jest jednak, że byli bardzo skuteczni w zbieraniu tzw. „drugich piłek”, a także lepiej operowali piłką na małej przestrzeni. Nasz zespół był jednak poprawnie zorganizowany w destrukcji, a od momentu wyrównania mądrze wyprowadzał ataki, z których kilka było naprawdę groźnych. Co warte podkreślenia, naszego zespołu nie załamał szybko stracony gol, bowiem nawet po jego utracie widać było powtarzalność w rozgrywaniu piłki do przodu. Dlatego do szatni to właśnie ekipa Bogdana Kowalczyka zeszła przy jednobramkowym prowadzeniu.
Na drugą połowę miejscowi wyszli z jedną korektą. Korektą, która fanów miejscowych zdziwiła najbardziej, bo dotyczyła pozycji bramkarza. Jak się po meczu okazało, szkoleniowiec „Drwali” zdecydował się na zmianę w wyniku błędu Smoka związanego z trafieniem Żołnowskiego. Szczakowianka od pierwszych minut próbowała zaskoczyć naszą defensywę, a efektem ich poczynań był fakt, że do 47’ Żołnowski 3-krotnie wyczyścił namysłowskie przedpole. W 53’ Biliński sfaulował jednego z rywali na wysokości prawego narożnika szesnastki. Krótko rozegrana piłka trafiła do Grzywy, którego bomba została zablokowana. Za chwilę (54’) gospodarze ponownie otrzymali wolnego w podobnym miejscu. Tym razem dośrodkowanie Frasia znalazło adresata w osobie Malickiego, który precyzyjną główką z 8 metrów trafił przy słupku do siatki. Remisowy gol dał jaworznianom dodatkowego kopa do walki o pełną pulę. I rywal w kolejnych minutach rzeczywiście zaczął się rozpędzać. W 58’ petarda z lewej flanki Chrzanowskiego (22 metr) poszybowała nad poprzeczką. Z kolei w 64’ po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, Franiel (po wejściu na murawę wyraźnie ożywił poczynania Szczaksy w ofensywie) nieczysto trafił w piłkę na 17-tym metrze. Za moment Fraś dorzucił piłkę z rogu boiska na nasze przedpole. Zalwert główkował poza obręb szesnastki, a nabiegający na piłkę Sermak mocnym strzałem nabił rękę Zajączkowskiego (dał dobrą zmianę). Uderzenie po rzucie wolnym (z przesunięciem) Frasia minęło jednak w niewielkiej odległości dalszy słupek bramki Startu. Za moment Kamil Błach w niefrasobliwy sposób stracił w swojej strefie futbolówkę na rzecz Franiela. Sytuację ratować musiał Urbański, faulując przed 16-tką świeżego zawodnika rywali. Strzał z wolnego etatowego wykonawcy stałych fragmentów (Frasia) wylądował na naszym szczelnie ustawionym murze.
Kibice w napięciu oglądali to spotkanie, mając nadzieję, że wchodząca na wyższe obroty Szczakowianka wreszcie dopnie swego. Ale kilka następnych minut zapamiętali głównie z dwóch dograń „skóry” na nasze przedpole i pewnych interwencji Żołnowskiego. Bramką zapachniało w 76’, gdy kilkudziesięciometrowy cross Grzywy spadł w okolice prawego narożnika szesnastki Startu. Tam do piłki dopadł Fraś, podbiegł z nią pod linię końcową, po czym dośrodkował na 10-ty metr do Sermaka. Syn trenera dostawił głowę, ale piłka poszybowała w kierunku długiego słupka i… minęła bramkę. W 80’ mieliśmy istny kocioł pod bramką, na szczęście znajdujący się w świetnej okazji A.Molenda został zatrzymany przez Węglarskiego. To jednak nic w porównaniu z tym, co przeżyliśmy w 81’. Wtedy to jaworznianie stworzyli sobie trzy (!) stuprocentowe okazje, ale żadnej z nich na gola nie zamienili! Zaczęło się od uderzenia Franiela z trzech metrów (!), który trafił stojącego na linii bramkowej Zawerta w klatkę piersiową. Po chwili dośrodkowana z kornera futbolówka spadła na głowę Kiczyńskiego, którego uderzenie z linii wybił Urbański! Natomiast po kilkunastu kolejnych sekundach Franiel wjechał w naszą defensywę od prawej strony i wyłożył piłkę wbiegającemu na 10-ty metr Malickiemu. Ten jednak w idealnej okazji strzelił nad poprzeczką! Zgromadzeni na trybunach kibice raz po raz wydawali z siebie jęk zawodu, nie mogąc uwierzyć, że „skóra” ani razu nie znalazła się w siatce. Motorem napędowym miejscowych byli w tym okresie Franiel z dobrze balansującym ciałem Sermakiem.
Nasz zespół odetchnął chwilę później (82’), gdy gra przeniosła się pod bramkę gospodarzy. Samborski z lewej strony wykonał zwód w bocznym sektorze, po czym zdecydował się na mocny strzał. Mocny, ale i mocno niecelny. Miejscowi chcieli się odgryź kontrą (85’) lecz Żołnowski do spółki z Kamosiem nie dali się oszukać Kalce. Akcja przeniosła się wtedy na przedpole „Drwali” (86’), gdzie Szpak zagrał w uliczkę do Samborskiego. Rafał w tempo do niej wystartował, próbując zgubić Grzywę. Stoper miejscowych wyciągnął jednak nogę, którą naszego snajpera zahaczył i ten runął jak długi. Arbiter nie miał wątpliwości, choć te w największym stopniu zgłaszał winowajca. Efekt? Rzut karny dla Startu i czerwona kartka dla wysokiego zawodnika gospodarzy. Publika była w szoku, choć miała też cichą nadzieję, że rezerwowy golkiper zdoła naprawić błąd kolegi. Kojdecki rzeczywiście wyczuł intencje strzelca Startu (87’), którym był sam poszkodowany. Uderzenie Rafała było jednak na tyle silne (za cel obrał sobie prawy róg bramki), że przełamało ręce golkipera, a piłka wpadła... pod poprzeczkę. Szczakowianka już witała się z gąską, tymczasem spadł na nią bolesny cios, gdyż to namysłowianie ponownie wyszli na prowadzenie! Znaleźliśmy się w kapitalnej sytuacji. Nasz zespół miał już mecz pod kontrolą, nie dopuszczając rywala w bezpośrednią strefę zagrożenia bramki Węglarskiego. W 90+1' Smolarczyk na tyle skutecznie naciskał Adamusa, że ten wybił piłkę na korner. I w tym momencie emocje sięgnęły zenitu, bowiem namysłowska sztuczka z wykonaniem rzutu rożnego (dwóch piłkarzy podchodzi do rogu, jeden z nich dotyka piłkę, oddala się, a drugi rusza na zaskoczonych takim obrotem sprawy rywali) tym razem nie powiodła się i arbiter pokazał żółtą kartkę Szpakowi. Było to jednak drugie „żółtko” Łukasza, więc ten musiał udać się pod prysznic. Chwilę wcześniej arbiter doliczył kilka dodatkowych minut do regulaminowego czasu gry, więc Szczakowianka ruszyła na nas, nie mając już nic do stracenia. Po jednej z akcji (90+4’) do zagranej ze środka piłki ruszyli Kamoś z Sermakiem. Kapitan miejscowych był o ułamek sekundy szybszy i głową oszukał naszego lewego defensora, de facto mając przed sobą tylko bramkarza. Witek zachował jednak zimną krew i... bezpardonowo złapał w pół Sermaka, przewracając go na ziemię metr przed polem karnym! Karą za akcję ratunkową była oczywiście czerwień i na ostatnich kilkadziesiąt sekund Start został na murawie w 9-ciu. Z rzutu wolnego w mur przymierzył jeszcze Mrożek, a odbita od Zajączkowskiego piłka poleciała na róg. Mrożek dograł ją wtedy na głowę Holewy, ale jego uderzenie pewnie złapał Węglarski, który chwilę później dalekim kopem przesunął ciężar gry na połowę Szczaksy. Wreszcie w szóstej minucie doliczonego czasu gry Pan Gaczyński z Bielska-Białej zagwizdał po raz ostatni, a czerwono-czarni piłkarze padli sobie w ramiona. Pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w sezonie stało się dla nas faktem!
W drugich 45 minutach lepsze wrażenie na murawie zostawili po sobie miejscowi. Szczakowianka częściej znajdowała się w posiadaniu piłki, teren zdobywając różnymi środkami. Nie oznacza to jednak, że nasz zespół tylko statystował. W żadnym wypadku. Czerwono-czarni częściej jednak widoczni byli w grze defensywnej. Potrafili także umiejętnie wychodzić spod prób pressingu rywali. Z przodu brakowało nam czasem dokładności oraz ostatniego podania, jednak mankamenty te nie są najważniejsze, wobec wywalczenia 3 punktów. W jednym elemencie obie drużyny w żadnym wypadku sobie nie ustępowały. Do meczu charakternie i walecznie podeszli i jaworznianie i piłkarze Startu, stąd na murawie oglądaliśmy heroizm w czystej postaci. Fajerwerków technicznych nie było, bo żadna z drużyn do technicznych nie należy. Poza tym boisko też nie było sprzymierzeńcem do takiej gry. Z obu stron widzieliśmy jednak ofiarność, determinację i trzeszczące kości, co potrafili docenić zasmuceni wynikiem sympatycy Szczakowianki. Jak stwierdził jeden starszy Pan: „Szkoda, że przegraliśmy, bo chłopcy pięknie walczyli. Ci z Namysłowa też jednak nogi nie odstawiali i dlatego fajnie się ten mecz oglądało”. Nic dodać, nic ująć.
Ogromnie cieszymy się z sukcesu, który dla wielu, w kontekście porażki z Chemikiem (0-3), wydawał się mało prawdopodobny. Futbol jest jednak przewortny, o czym przekonaliśmy się w ciągu kilku dni. Najpierw, mimo całkiem dobrej gry ale przy braku skuteczności, wysoko przegraliśmy mecz w Pucharze Polski. W sobotę natomiast lepiej optycznie wyglądali jaworznianie, a mimo to 3 punkty do autobusu zabrali czerwono-czarni. Bo pod bramką przeciwników okazali się bardziej precyzyjni. To zwycięstwo Start osiągnął z niemałym trudem, jednak była to nagroda za 90 minut niesamowitej walki. Przesadą nie będzie więc stwierdzenie, że nasz zespół wygraną z „Drwalami” nie tyle wywalczył, co... wyrąbał. Kości trzeszczały, wióry leciały, ale nikt nie płakał. Piłka to w końcu sport dla twardych facetów. [KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy