Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

Gogoliński syndrom

Odsłony: 4560

Finisz jesieni w IV lidze opolskiej zaczął się przed paroma tygodniami. Wtedy to po czterech spotkaniach bez wygranej zespół Startu Namysłów wreszcie się przełamał. Co istotne, w dobrym momencie, wygrywając derbowe spotkanie z Agropolonem Głuszyna. A gdy przed tygodniem drużyna Grzegorza Rośka „poprawiła” w rywalizacji z KS-em Krapkowice, kibice byli wyraźnie zadowoleni. W końcu dwa zwycięstwa z rzędu, to bilans, który w tym sezonie jeszcze się czerwono-czarnym nie przydarzył. Dlatego też z dużą dawką optymizmu oczekiwaliśmy wieści z Gogolina, gdzie Start wybrał się na rywalizację z MKS-em. Gogoliński stadion od premierowej gry nie był dla naszego klubu fartowny i ten stan potwierdził się także w sobotę. Mimo niezłej przez prawie godzinę gry, NKS zanotował dosyć dotkliwą porażkę, bo za taką uznać można wynik 1-4. Poprawna gra w destrukcji, do tego regularne nękanie defensywy rywala przez siejący popłoch w lidze duet P.Pabiniak – Samborski. A mimo to tylko jeden gol po stronie zysków i aż cztery w rubryce „straty”. Po spotkaniu można mieć mieszane uczucia, mimo, że mecz na kolana nikogo nie rzucił. Dominowała w nim walka i przede wszystkim koncentracja na destrukcji. I co istotne, nasz zespół zagrał naprawdę przyzwoicie. Tyle, że walory wizualne w futbolu niekiedy nijak mają się do statystycznej rzeczywistości. Tej najważniejszej, czyli bramkowej. A w niej bezdyskusyjnie lepsi (skuteczniejsi) byli gogolinianie.

Zasadniczo lepiej weszli w mecz miejscowi, którzy już w 4’ mogli objąć prowadzenie. Wówczas to po błędzie Zacharskiego, który zawahał się przy wyjściu do piłki, wyprzedził go Rusin. Piłkarz MKS-u uderzył na bliższy słupek, jednak ku jego rozpaczy, trafił piłką w słupek. Z dobitką pośpieszył jeszcze Mizielski, lecz z 12 metrów również się mocno pomylił, nie trafiając w światło bramki. Mieliśmy szczęście. W odpowiedzi (6’) Hołub otrzymał futbolówkę na lewej flance, wpadł z nią w pole karne i wyłożył wzdłuż linii do nadbiegającego Samborskiego. Naszego snajpera zdołał jednak uprzedzić jeden z obrońców i skończyło się tylko na strachu. Żartować nie zamierzali jednak rywale i w 9’ wyszli na prowadzenie, skutecznie finalizując stały fragment gry. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego do piłki doskoczył osamotniony Dyczek i z 5 metrów celną główką po koźle pokonał Zacharskiego. Próbowaliśmy się zrewanżować miejscowym w 12’. Lavrinenko zagrał wtedy dobrą piłkę za plecy gogolińskiej defensywy do P.Pabiniaka. Patryk już w szesnastce minął obrońcę i dograł wzdłuż bramki na 5 metr do „Sambora”. Ale i tym razem w ostatniej chwili połapał się w tym ataku defensor MKS-u, uprzedzając Rafała. A futbolówka wylądowała w rękach stojącego między słupkami Banacha. W 13’ P.Pabiniak strzelił z wolnego w mur, a odbita „kula” znalazła się pod nogami Wilczyńskiego. Ten z 25 metrów huknął z pierwszej piłki, tyle, że wysoko nad poprzeczką bramki rywali. W 19’ odpowiedzieli gospodarze. Po dobrym długim podaniu do sytuacji strzeleckiej doszedł Kaczmarek, decydując się z 16 metrów na lobowanie Zacharskiego. Mogliśmy jednak spokojniej odetchnąć, bowiem jego próba minęła namysłowską świątynię. Niebawem (21’) aktywny Kaczmarek przedarł się lewą flanką, wykładając futbolówkę szarżującemu na 13 metrze Mizielskiemu. W naprawdę dobrej sytuacji ofensywny piłkarz MKS-u uderzył jednak źle, bo nad bramką. Start przebił się przez szczelne zasieki rywali w 25’ i to całkiem ładnym atakiem. P.Pabiniak rzucił „kulę” do Samborskiego na prawą stronę. Ten z kolei odegrał do zamykającego akcję na 7 metrze Hołuba. Kamil pewnie trafił do siatki, jednak arbiter gola nie uznał, gdyż chwilę wcześniej liniowy zasygnalizował mu pozycję spaloną. Ale co się odwlecze… W 29’ było 1-1. Po rozegraniu rzutu wolnego obrońca MKS-u skiksował, próbując wybić piłkę. W efekcie wstrzelił ją lobem na 7 metr, gdzie Żołnowski przepchnął się z innym defensorem i uderzeniem z powietrza doprowadził do wyrównania. Zanim jednak piłkarze zanieśli futbolówkę na środek boiska, wcześniej liniowy pokazał spalonego i główny gola nie uznał! Zaczęły się wówczas ostre protesty czerwono-czarnych i w efekcie Pan Kulesa pierwotną decyzję zmienił, gola jednak nam zaliczając. Gola prawidłowo zdobytego, a jednak okupionego niepotrzebnymi emocjami związanymi z początkowym werdyktem. W ostatnim kwadransie przed przerwą walki obu ekipom odmówić oczywiście nie można było, tyle, że nie przełożyło się to na szczególne atrakcje dla kibiców. W 31’ po rzucie wolnym do strzału na 13 metrze doszedł jeden z rywali i po rykoszecie uderzył na bramkę. Zacharski miał jednak sporo szczęścia, gdyż futbolówka ostemplowała poprzeczkę i wynikiem remisowym mogliśmy być nadal usatysfakcjonowani. Z kolei w 33’ Samborski otrzymał podanie w szesnastkę, gdzie wystawił ją na 20 metrze Ptakowi. Adrian uderzył w kierunku bramki, tyle, że ku naszemu zawodowi, futbolówka – po odbiciu się jeszcze od nogi doskakującego obrońcy – ostatecznie o centymetry minęła słupek „prostokąta” strzeżonego przez Banacha.

Na przerwę drużyny zeszły przy wyniku remisowym. Wyniku w gruncie rzeczy zasłużonym, mimo, że to MKS stworzył więcej klarownych okazji. W polu jednak różnicy w umiejętnościach i potencjale obu jedenastek nie widać było żadnych. Poza tym Start grał naprawdę solidnie i konsekwentnie, dając nadzieję, że po przerwie „podeprze” swoją organizację gry jakimś golem. Tak się nie stało, a co gorsza, mimo niewielu okazji z obu stron w drugich 45 minutach, MKS zdecydowanie nas wypunktował. Sporo w tym zasługi Schichty, który pokazał instynkt „killera”. Ale według nas kluczową okazała się sytuacja z 62’, gdy pod prysznic (po obejrzeniu drugiego „żółtka”) zmuszony był udać się Ptak. Fakty? Prezentujemy w kolejnym akapicie.

Fot.: W Gogolinie walka była, ale na niewiele się zdała, gdyż z MKS-em (na zdjęciu) przegraliśmy aż 1-4.
[zdjęcie: www.tygodnik-krapkowicki.info]

 

Zaczęło się od 50’ i akcji P.Pabiniaka, który zagrał na 22 metr do Lavrinenki. Nasz Ukrainiec strzelił potężnie, tyle, że niecelnie, bo metr nad bramką. Po 10 minutach absolutnej podbramkowej ciszy stały fragment gry wywalczyli gospodarze, z którego po raz wtóry tego dnia zdobyli bramkę. Po zamieszaniu w polu karnym, po rozegranym ułamek sekundy wcześniej rzucie wolnym, do zbyt krótko wybitej piłki dopadł Kaczmarek, uderzając po krótkim słupku. „Kulę” zdołali jednak zastopować namysłowianie, wybijając na korner. Z dośrodkowania z narożnika boiska doszedł jednak na 5 metrze wspomniany Schichta, który po raptem kilkunastosekundowym pobycie na placu gry znalazł okazję do manifestowania radości z trafienia. I znów na kilkanaście minut zapanowała „cisza” pod obiema bramkami, zajmująca piłkarzy walką w strefie środkowej. Przerwana została tylko raz – w 62’ – gdy Ptak zmuszony był opuścić murawę po obejrzeniu żółtej kartki numer dwa (pierwszą zobaczył przed przerwą). Dodajmy kartki, z którą nie do końca zgadzali się namysłowianie, stąd ich pretensje pod adresem arbitra. Jak się okazało, był to przełomowy moment spotkania, bowiem od tego momentu MKS przejął kontrolę na murawie. Nie zdominował nas wprawdzie, jednak częściej operował piłką, do tego groźniej – choć rzadko – atakując. Rzadko, nie oznaczało w sobotę nieskutecznie, bo tu trzeba rywali wręcz pochwalić, gdyż z trzech sensownych wypadów aż dwa zakończyli umieszczeniem piłki w bramce. Zaczęło się w 75’, gdy Kaczmarek dostał „kulę” na lewej flance, złamał akcję do środka, przy okazji oszukując Ł.Pabiniaka, po czym uderzeniem z 18 metrów pokonał Zacharskiego. Nasz golkiper próbował wprawdzie ratować sytuację, jednak futbolówka po jego rękawicach i tak wpadła do siatki. A niespełna 10 minut później było po meczu. W 84’ po kontrze miejscowych rezerwowy Schichta (a tak naprawdę powracający do składu) doszedł do zagranej na 8 metr piłki i mocnym uderzeniem pewnie pokonał golkipera NKS-u. Dobić nas mógł minutę później (85’) kolejny rezerwowy Szydłowski, który przedarł się prawą flanką i „nawinął” Krystiana Błach. W decydującym jednak momencie, będąc sam na sam z Zacharskim, nie zdołał go pokonać, gdyż nasz golkiper skuteczną interwencją nogami zastopował „skórę”.

Jak można zauważyć, za wiele ataków po przerwie miejscowi nie przeprowadzili, choć wystarczyło do tego, aby nas pogromić. Start natomiast od momentu gry w osłabieniu został przez graczy MKS-u solidnie zaszachowany i do ostatniego gwizdka nie ugrał już przysłowiowego sztycha.

Wracaliśmy do domu w minorowych nastrojach. Bo z jednej strony rywal był w naszym zasięgu, lecz zabrakło ze strony ekipy trenera Rośka konkretów. Całkiem dobrze nasza gra wyglądała w polu, lecz tym razem nie przełożyło się to na klarowne okazje bramkowe. Tych, mimo wyrównanej przez godzinę gry, więcej stworzyli sobie miejscowi, którzy po „wykartkowaniu” Ptaka umocnili się w przekonaniu, że prowadzenia 2-1 stracić nie mogą. I nie stracili, a dodatkowo wyraźnie podwyższyli, w pełni już wtedy kontrolując boiskowe wydarzenia. Spotkanie w Gogolinie potwierdziło, że tamtejszy obiekt jest dla nas wyjątkowo niegościnny. To siódma wizyta czerwono-czarnych przy Kasztanowej i szósta porażka. Cóż, zadra przez chwilę pozostanie w sercach zawodników, ale przed nimi kolejne wyzwanie. Ostatnie w tym roku spotkanie o punkty ze Skalnikiem Gracze. Dodajmy, że będzie to wyzwanie domowe, więc jest mimo wszystko spora szansa na to, aby na przerwę zimową (ale to już po pucharowej grze z brzeską Stalą) udać się w udanych nastrojach. Te jednak gwarantować będą 3 punkty z graczanami, a o które wcale łatwo nie będzie. [MK, KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy