Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

Na musiku

Odsłony: 6217

O wyjeździe do Kędzierzyna-Koźla piłkarze Startu będą chcieli zapomnieć jak najszybciej. Powodem oczywiście końcowy wynik: czerwono-czarni ulegli Chemkowi 0-3. Wyprawa

na południe województwa nie może zostać uznana za udaną, mimo, że w pierwszych 45 minutach podopieczni Damiana Zalwerta spisywali się naprawdę nieźle. Kreowali grę, inicjowali ataki skrzydłami (głównie lewym), a także stwarzali sytuacje. Problem w tym, że nic do sieci nie wpadło. Gospodarzom natomiast sztuka ta udała się aż 3-krotnie, choć nie oznacza to, że Ci po przerwie zaczęli wyraźnie dyktować swoje warunki gry. Po prostu okazali się drużyną bardziej skuteczną. Precyzyjniej rzecz ujmując, skuteczny do bólu okazał się tylko jeden piłkarz trójkolorowych. To Paweł Dyczek, który strzelając hat-tricka, z automatu stał się największym „plusem” meczu.

W pierwszych minutach aktywniejsi byli gospodarze, którzy już po 2 minutach mieli na koncie dwa wykonane kornery. Z kolei w 4’ po rzucie wolnym wykonywanym z lewej strony przez Sarnowskiego, gospodarze przeprowadzili kontratak nieprzepisowo zatrzymany przez namysłowian. Strzał Janczarka z 26 metrów poszybował jednak wysoko nad bramką strzeżoną przez Zająca. Kolejne minuty upłynęły bez forsowania gry. Obie jedenastki skupiały się na dokładnym rozgrywaniu piłki, nie potrafiąc jednak zainicjować szybkiego ataku. Ten dopiero w 14’ przeprowadzili czerwono-czarni i od razu zapachniało golem. Sarnowski zagrał ze środka do wbiegającego lewą stroną D.Raszewskiego. Ten mając przed sobą tylko Olszewskiego i 14 metrów do bramki, uderzył jednak obok słupka. To był namysłowski sygnał do ataku, bo już w 16’ oglądaliśmy kolejne zagrożenie świątyni Chemika. Po ataku lewą flanką, zagrywana na przedpole futbolówka wróciła do punktu wyjścia, skąd Kamil Błach dośrodkował ją w okolice pola bramkowego. Nikt wrzuconej „kuli” nie wybił i ta spadła pod nogi Samborskiego, który krótko wycofał ją do D.Raszewskiego. Niestety, strzał Damiana z 7 metrów został zablokowany przez obrońców gospodarzy. Podobnie było też w 19’, gdy Start zaatakował – a jakże – lewym sektorem boiska. Szarżującemu Smolarczykowi golkiper zdołał wybić piłkę spod nóg, natomiast próby dobitek z 12 metrów Sarnowskiego oraz z 17 metrów Włoszczyka także trafiły w nogi blokujących strzały defensorów. Od kilku minut namysłowianie dosyć regularnie rozgrywali piłkę na połowie „Chemicznych”, którzy na przedpole NKS-u przedostawali się sporadycznie. Wyglądało to nieźle, zwłaszcza, że atakowaliśmy nie tylko skrzydłami. Próbowaliśmy również zaskoczyć przeciwników podaniami za plecy ich obrońców, do startujących z II linii graczy. W 26’ D.Raszewski przeciął z lewej strony futbolówkę zagrywaną przez rywali, po czym momentalnie zagrał do ruszającego do przodu Samborskiego. Widząc wybiegającego na pozycję Smolarczyka, „Sambor” przepuścił mu piłkę. „Smolar” znalazł się 13 metrów od bramki (nieco po lewej stronie), lecz w sytuacji „1 na 1” z golkiperem uderzył z 13-tu metrów tylko w boczną siatkę. Żal okazji, bo powinniśmy w tym momencie objąć prowadzenie, na które zasługiwaliśmy. Dwie minuty potem (28’) czerwono-czarni (znów) na lewej flance zagrali kombinacyjną piłkę. Cztery szybkie zagrania między naszymi piłkarzami spowodowały, że w sytuacji strzałowej znalazł się Samborski. Kąt miał ostry, do bramki kilka metrów. Rafał uderzył mocno i nad poprzeczką. W 30’ nie atakowany przez nikogo Zalwert przewrócił się przed własną szesnastką, trzymając się za dolne okolice kręgosłupa. Na szczęście po kilkudziesięciu sekundach wstał i zawody kontynuował. Na namysłowskie ataki trójkolorowi odpowiedzieli dopiero w 33’. Wówczas to Adrian dał się zwieść rywalowi, który dośrodkował z prawej strony na głowę Chojnowskiego. Weteran opolskich boisk naciskany przez środkowych obrońców uderzył z 9 metrów nad bramką. Odpowiedzią Startu była sytuacja z 36’, gdy po błędzie Semeniuka samotnie na bramkę Chemika ruszył Smolarczyk. Semeniuk zdołał jednak doścignąć naszego atakującego i na 18-tym metrze doszło między nimi do zwarcia. Kamil domagał się odgwizdania przewinienia, ale arbiter uznał, że do walki bark w bark doszło zgodnie z przepisami. Za chwilę podrażniony Smolarczyk strzałem z 30 metrów „szukał długiego słupka”. Piłka poleciała jednak parę metrów od pionowego ogranicznika bramki TS-u. Bramkową okazję „Chemicy” stworzyli sobie w 37’. Wtedy to po dalekim crossie na lewą stronę do piłki doszedł Mateusz Sadyk, po czym zwiódł ruchem do środka dwóch namysłowian i ostro uderzył na bramkę. Czujny Zając odczytał jednak intencje strzelca, trudną piłkę odbijając poza linię końcową. Niestety, 4 minuty później (41’) Zając już swoim kolegom nie pomógł. Rywale otrzymali rzut wolny w środkowej strefie boiska, w odległości 27 metrów od namysłowskiej świątyni. Mocny strzał Dyczka poleciał na wysokości barków stojących w murze piłkarzy. Nasz golkiper nie zdołał zareagować i piłkarze Chemika mogli cieszyć się z prowadzenia. W podobnej odległości (28 metrów), tyle, że nieco z lewej strony, z rzutu wolnego 2 minuty później uderzał Samborski. Mocne uderzenie pofrunęło 3 metry nad poprzeczką „prostokąta” strzeżonego przez Olszewskiego. W przedłużonym czasie I połowy na namysłowskim przedpolu powstało zamieszanie, które z 20 metrów próbował sfinalizować Janczarek. Zawodnik gospodarzy posłał jednak piłkę 5 metrów od prawego słupka bramki Wojtka Zająca. Odpowiedzieć chciał jeszcze Samborski (45+3’), ale i on z wolnego posłał bombę wysoko nad bramką.

Fot.: To zdjęcie mówi właściwie wszystko. Po meczu z Chemikiem Wojciech Zając i jego koledzy z pola mają poważne powody do zmartwień.

Pierwsze 45 minut scharakteryzować można krótko. Lekka przewaga w polu namysłowskich piłkarzy, kilka dobrych okazji do otwarcia z ich strony wyniku, ale bez oczekiwanego efektu. Mający kłopoty z atakami Startu kędzierzynianie długimi fragmentami nie mogli znaleźć na nasze poczynania sposobu. Ale to oni zdobyli gola i na przerwę schodzili w zdecydowanie lepszych humorach. Chemik miał w ręku wynik zdecydowanie lepszy, niż prezentowaną do przerwy grę. O niewykorzystanych sytuacjach, które się później mszczą, nawet nie wspominamy. To stara piłkarska prawda, która w sobotę o sobie boleśnie przypomniała.

Premierowe 10 minut po przerwie, to typowa partia szachów. Miejscowi po korekcie w ustawieniu, zdecydowanie ograniczyli pole manewru namysłowianom. Podopieczni Damiana Zalwerta nie mieli już tyle swobody na skrzydłach, a dodatkowo pojawił się kłopot ze sforsowaniem kędzierzyńskiej linii środkowej. Pierwszą klarowną sytuację pod jedną z bramek obejrzeliśmy w 56’ i od razu padł gol. Po stracie piłki w środkowej strefie przez Bilińskiego, Mateusz Sadyk ruszył samotnie na bramkę Zająca. Nasz golkiper zdecydowanym wybiegiem w ostatniej chwili wybił rywalowi piłkę spod nóg. Ta trafiła jednak do Wientzka, którego strzał z 10 metrów został zablokowany. Piłka znalazła się jednak pod nogami wbiegającego prawą stroną Dyczka, który z ostrego kąta (w odległości ok. 7 metrów) mocno strzelił w światło bramki. Zając próbował interweniować, ale „skóra” przeleciała mu między nogami i ugrzęzła w siatce. W 61’ Janczarek dorzucił „kulę” z kornera do składającego się do strzału Wientzka, ale w porę zablokował go Wilczyński. Po stracie drugiego gola namysłowianie próbowali się „odgruzować”, ale szło im to bardzo opornie. A i rywale, mając bezpieczny wynik, nie zamierzali forsować tempa. Tym bardziej zrezygnowali z tego zamiaru, gdy w 68’ zostało ich na boisku 10-ciu. Czerwoną kartkę za zderzenie w środku pola z Sarnowskim otrzymał bowiem Szafarczyk. Starcie obu zawodników rzeczywiście było ostre, ale z naszej perspektywy wyglądało na wspomniane zderzenie, niż zamierzony atak kędzierzyńskiego piłkarza. Tak czy inaczej, na 22 minuty przed końcem meczu pojawiło się dla namysłowian światełko w tunelu na uratowanie meczu. Nadzieja szybko jednak prysła, bo w 73’ przegrywaliśmy już 0-3. Z lewego boku szesnastki Zalwert w zdecydowany sposób przewrócił walczącego o pozycję Mateusza Sadyka i sędzia odgwizdał kolejny rzut wolny. Trybuny domagały się nawet jedenastki, ale nie jesteśmy w stanie ocenić czy faul rzeczywiście miał miejsce w obrębie kwalifikującym atak jako „wapno”. Do piłki podszedł Dyczek i wykorzystując złe ustawienie muru, idealnie uderzył przy krótkim słupku. Zając próbował jeszcze ratować sytuację, ale niewiele wskórał i na tablicy wyników pojawiło się wspomniane 3-0 dla Chemika (oraz nazwisko Dyczka z minutami trzech strzelonych przez niego bramek). W tym momencie wiadomo było, że jest po zawodach. W 79’ po dośrodkowaniu z prawej strony efektownym, choć niecelnym wolejem z powietrza popisał się Samborski, który do strzału złożył się na 12-tym metrze. „Chemicy” spokojnie kontrolowali spotkanie. W okrojonym składzie nie zamierzali atakować Startu. Mieli jednak na tyle solidnie poukładaną grę w środkowej strefie, że uniemożliwiali namysłowianom skuteczne rozwinięcie skrzydeł. Nasi chłopcy w końcowym kwadransie mieli spore kłopoty z podejściem pod bramkę Olszewskiego. Dopiero w przedłużonym czasie gry zobaczyliśmy piłkę w bezpośredniej okolicy bramkarza Chemika. W 90+2’ niecelnie z 25 metrów uderzył Drapiewski. Za chwilę (90+3’) z kontuzją murawę opuścił Sarnowski i siły na boisku się wyrównały. Mecz z naszej strony bombą z 30 metrów podsumował Wilczyński, po której Olszewski miał kłopoty z interwencją. A na ostatnie uderzenie zawodów (nieprecyzyjne) zdecydował się Dyczek. Po chwili usłyszeliśmy ostatni gwizdek, a także zobaczyliśmy taniec radości nowego lidera IV ligi opolskiej.

Porażka Startu w Kędzierzynie spowodowała nasilenie się nerwowych reakcji jego kibiców. I trudno się temu specjalnie dziwić, bo w nowy sezon weszliśmy fatalnie. Dwie wysokie porażki optymizmem nie napawają, choć to dopiero początek. Wielu sympatyków czerwono-czarnych ma jednak świadomość, że drużyna w totalnej niemocy znajduje się do końcówki maja, kiedy to zaczęła swoją bessę. Licząc z tamtymi gramy, dziś mamy na koncie 7 kolejnych porażek. To nowy anty-rekord na poziomie IV ligi. Chwalić się nie ma czym, takie są po prostu fakty. Zespół doskonale zdaje sobie sprawę z problemów, jakie go toczą. Ze Starowicami dobrej gry uświadczyliśmy przez nieco ponad 20 minut. W Kędzierzynie-Koźlu była to już pełna połowa. Wiemy jednak, że za dobre wrażenie punktów się nie przyznaje. A te potrzebne są nam jak woda rybie. Na razie mocno usadowiliśmy się na pozycji „czerwonej latarni” i coraz więcej kibiców traci nadzieję, że to się w najbliższym czasie zmieni. Tymczasem zmienić się musi. Start Namysłów – nomen omen – znalazł się na piłkarskim musiku. Z tą jednak subtelną różnicą względem karcianej gry (po szczegóły odsyłamy do gry w „tysiąca”), że w najbliższym czasie zapunktować MUSI. W innym wypadku każdy kolejny mecz powodował będzie nie tylko zwiększanie ciśnienia w szatni, ale i jeszcze bardziej nerwowe reakcje kibiców. Margines błędu został wyczerpany. [KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy