Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

Wiosenny czar prysł

Odsłony: 5384

Nie tak to miało wyglądać... Przed wizytą na boisku lidera z Piotrówki zawodnicy namysłowskiego Startu zdawali sobie sprawę z jakości piłkarskiej rywala. Nie od dziś

wiadomo, że bazujący na piłkarzach z Afryki i Ameryki Południowej LZS potrafi grać szybką i techniczną piłkę. Dlatego przed zawodami fachowcy słusznie uznali, że faworytem będą gospodarze. Ale nikt pewnie nie spodziewał się, że sukces, który ostatecznie osiągną, będzie aż tak efektowny. Wynik 7-0 mówi sam za siebie. W drogę powrotną czerwono-czarni udawali się mocno upokorzeni i zawstydzeni. Bo przegrać może każdy, taki to już sport. Ale przegrać w takich rozmiarach, gdy przez godzinę prowadzi się wyrównaną walkę z przeciwnikiem? To już trudniej zrozumieć. Tymczasem taka właśnie sytuacja miała miejsce i namysłowscy kibice, którzy na meczu nie byli, pewnie do teraz zastanawiają się, jak to się stało, że Start zanotował najwyższą porażkę w historii występów na poziomie IV ligi? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w kolejnych akapitach.

Nim mecz na dobre się rozpoczął, przegrywaliśmy już 0-1. W 2’ akcję prawą flanką przeprowadzili miejscowi. Piłka trafiła do Ndipa Tambe, który dorzucił piłkę na dalszy słupek do Tali, a ten z narożnika pola bramkowego pewnie uderzył do siatki. Kolejne minuty upłynęły na zaciętej walce o przejęcie kontroli w środku pola. Lekką inicjatywę posiadał Start i w 10’ wywalczył korner. Dośrodkował z niego na długi słupek (z lewej strony) Patryk Pabiniak, gdzie jego kuzyn Łukasz głową próbował zaskoczyć Gargasza. Szybszy był jednak Bernard, przecinając strzał i wybijając futbolówkę poza linię końcową. W 13’ po faulu na Ndipie Tambe arbiter podyktował rzut wolny z odległości 28 metrów. Potężnie uderzył z niego Matheus, lecz o pół metra za wysoko. Namysłowianie zrewanżowali się nieprzygotowanym strzałem Kostrzewy (15’) z 25 metrów. Lekkie uderzenie w środek bramki nie mogło sprawić żadnych kłopotów golkiperowi LZS-u. W rewanżu (16’) na indywidualną akcję prawą flanką zdecydował się Tala. Kameruńczyk przebił się przed dwóch naszych obrońców, lecz przy próbie uderzenia został zablokowany. Piłka wróciła mu jednak pod nogi, a poprawka poszybowała już w aut bramkowy na dalszym słupku. Gra wyrównała się, a czerwono-czarni musieli szczególnie uważać na szybko wyprowadzane przez miejscowych ataki, gdy piłka zagrywana była głównie do potężnie zbudowanego Kameruńczyka Ndipa Tambe, z którym sporo udręki miał Żołnowski. W 17’ Matheus ponownie stanął przed szansą zagrożenia bramki strzeżonej przez Zająca, ale tym razem jego uderzenie ze stojącej piłki po ziemi (rzut wolny z 25 metrów) zatrzymało się na namysłowskim murze. W 22’ kibice Piotrówki tylko jęknęli, po tym jak piłkę z głębi pola otrzymał na 22-gim metrze Ndip Tambe, obrócił się z nią i ostro uderzył „po długim słupku”. Na szczęście dla nas „skóra” o kilkadziesiąt centymetrów minęła prawy słupek namysłowskiej bramki. Za moment (23’) arbiter zarządził przerwę na uzupełnienie płynów. Co ciekawe, dwóch piłkarzy skwitowało to jedynie… śmiechem. Mowa o obu Kameruńczykach (Tala i Ndip Tambe), którzy pozostali na środku murawy, żartując sobie z niepotrzebną ich zdaniem pauzą. Po wznowieniu gry LZS znów pojawił się pod naszą świątynią. W 25’ Ndip Tambe zagrał na prawo do Tali, a ten objeżdżając Kamila Błacha oddał... centrostrzał tuż nad poprzeczką. Niebawem (27’) półgórne dośrodkowanie z lewej strony spadło na 15-ty metr, gdzie Ndip Tambe próbował uderzać przewrotką. Uderzył, ale wysoko nad bramką. Namysłowianie mieli szansę na doprowadzenie do remisu w 28’. Wówczas Ptak zagrał ze środka do wbiegającego prawą flanką P.Pabiniaka, który już w szesnastce ostro uderzył z dosyć ostrego kąta (około 14 metrów). Gargasz był jednak na posterunku i silny strzał zneutralizował. Żadna z drużyn nie była w stanie zdominować środka pola, więc nierzadko oglądaliśmy ataki z pominięciem tej strefy. W 32’ Ndip Tambe zakręcił namysłowianami na prawej stronie, po czym dograł przed bramkę do Gwiaździńskiego. Ten huknął z 10 metrów, ale świetnie zachował się Zając, nieprzyjemny strzał zatrzymując. Za moment Piotrówka wykonywała rzut wolny spod lewej linii autowej. Piłkę bardzo dobrze dorzucił Mróz, a zamykający akcję na długim słupku Tala pomylił się przy strzale głową z 7 metrów. Na murawie było ciasno, więc żeby utrzymać się przy piłce, należało szybko wymieniać podania. Lepiej w takiej gierce czuli się namysłowianie, choć naszą uwagę zwracał Matheus, który z roli środkowego pomocnika wywiązywał się znakomicie (dobrze rozrzucał piłki do boku, a jak była potrzeba, umiejętnie mijał podopiecznych Damiana Zalwerta). W ostatniej akcji przed przerwą (40’) Sroka znalazł podaniem Gwiaździńskiego, którego kąśliwy strzał z kilkunastu metrów Zając odbił przed siebie.

Szybko stracony gol pokrzyżował szyki czerwono-czarnym, bowiem nasz zespół liczył na dłuższe rozpoznanie przeciwnika bez strat własnych. A tak prowadzący lider mógł spokojnie realizować swój „plan B” polegający na wyczekiwaniu na ruch gości i możliwości skutecznego skontrowania. Przed przerwą oglądaliśmy niezbyt wiele klarownych okazji, za to dużo walki w środku pola. Nieźle czuli się w niej namysłowianie, którzy częściej operowali piłką na małej przestrzeni. Problem w tym, że niewiele z tego wynikało. Mimo to liczyliśmy, że w drugiej połowie Start zdoła powalczyć o korzystny dla siebie wynik. Tymczasem nastąpiła katastrofa…

Pierwszą sytuację pod jedną z bramek kibice zobaczyli w 50’. Wtedy to po faulu Krystiana Błacha na Ndipie Tambe, sędzia podyktował rzut wolny z prawej strony boiska. Półgórne dośrodkowanie Bernarda poszybowało jednak zbyt głęboko i obok słupka. 6 minut później (56’) czerwono-czarni mogli pokusić się o remis. Wówczas to z lewej strony piłkę z wolnego dorzucił P.Pabiniak (35 metrów), a zamykającemu na wślizgu akcję (na dalszym słupku) Ł.Pabiniakowi zabrakło dosłownie centymetrów aby sięgnąć piłkę. Odpowiedź rywali (57’) była natomiast podwójnie bolesna, gdyż zakończyła się drugim golem. Rywale przeprowadzili atak w lewym sektorze boiska, na wysokości pola karnego. Wgrana w szesnastkę futbolówka trafiła do Gwiaździńskiego, który będąc na 10 metrze odegrał ją na lewo do wbiegającego Ndipa Tambe. A rosły snajper LZS-u przyjął piłkę i z 7 metrów dopełnił formalności. Gol ten podciął namysłowianom skrzydła, choć Ci próbowali odgryźć się w 59’. Sarnowski zagrał do wbiegającego środkiem P.Pabiniaka, któremu jednak futbolówkę spod nóg „wybrał” Pedro Lima, ekspediując ją na korner. Nasz zespół chwilę później (61’) znów poderwał własną ławkę rezerwowych, po tym jak ładną dla oka akcję z pierwszej piłki przeprowadzili Dempniak z P.Pabiniakiem i Smolarczykiem, który w decydującym momencie mocno uderzył z lewego narożnika szesnastki. Czujny był jednak Gargasz, nieprzyjemną piłkę odbijając za linię końcową. Za niedługo (63’) wprowadzony kilka minut wcześniej Zieliński łatwo stracił piłkę na 40-tym metrze na rzecz Matheusa, który momentalnie uruchomił Ndipa Tambe. Kameruńczyk ruszył na spotkanie „sam na sam” z Zającem, położył go, po czym spokojnie uderzył między słupki i zrobiło się 3-0. Nikt wtedy nie sądził, włącznie z kibicami Piotrówki, że ostatnie pół godziny przypominać będzie piłkarską rzeź... W 65’ miejscowi zaatakowali ponownie. Lewą stroną piłkę rozgrywali Derewonko, Gwiaździński i Tala, po czym dośrodkowanie tego ostatniego spadło przed bramkę Startu, gdzie w czystej sytuacji Ndip Tambe uderzył w aut. Gracze LZS-u złapali luz w grze i mimo wysokiego prowadzenia nie zamierzali zwalniać. Gorzej, że sposobu na rozpędzonych rywali nie potrafili znaleźć czerwono-czarni, wyglądający na mocno zagubionych. Irytowała zwłaszcza nasza postawa w grze defensywnej. Zostawialiśmy rywalowi dużo miejsca, do tego miejscowi zagrywali mnóstwo piłek crossowych i prostopadłych, które nie były przecinane. W 67’ Mróz zdecydował się na strzał z 28 metrów, jednak 2 metry obok bramki. Start próbował zewrzeć szyki, ale robił to bez specjalnej wiary w powodzenie. Próby przebicia się na przedpole LZS-u były rzadkie, co było dla rywali wodą na młyn. W 72’ Kamil Błach przedarł się wraz z Sarnowskim w strefę obronną przeciwnika, lecz wbiegający do podania w szesnastkę Smolarczyk został złapany na ofsajdzie. Po drugiej stronie od kilku dobrych minut Zając co i rusz zmuszany był do wybiegania kilkanaście metrów od bramki, gdzie starał się walczyć (i ubiegać) szybkiego Ndipa Tambe. W 77’ na lewej flance zagrali Dempniak z Sarnowskim, który z narożnika szesnastki uderzył po ziemi. Mocny strzał poleciał jednak w środek bramki i Gargasz nie miał z piłką problemów, uruchamiając dodatkowo kontratak, po którym piłka trafiła do wybiegającego prawą stroną Matheusa. Brazylijczyk minął do prawej strony Zająca, by z kilku metrów wpakować „kulę” pod poprzeczkę. Przez kolejne minuty LZS nie zwalniał tempa, lecz oszołomieni namysłowianie zdołali się jakoś uchronić przed kolejnymi stratami. Ale w 85’ było już 5-0. Zmiennik Poznański otrzymał wówczas dobre podanie w pole karne i z kilkunastu metrów uderzył z prawej strony po długim słupku. Futbolówka odbiła się jeszcze od jednego z namysłowian całkowicie myląc Zająca i wpadła w okienko jego bramki. Minutę później (86’) było już 6-0... Gra na jeden kontakt przed naszą szesnastką zaowocowała podaniem na lewo do Tali, który dzióbnął „skórę” na 8 metrze nad próbującym rzucać mu się pod nogi bramkarzem Startu. Kompletnie „rozklepani” namysłowianie pognębieni zostali w ostatniej minucie, po tym jak Poznański zagrał ze środka do wbiegającego prawą stroną Sroki, a ten z kilkunastu metrów mocnym strzałem zdobył siódmego gola. Po tym trafieniu arbiter nie chciał już pastwić się nad rozjechanymi gośćmi i mimo, że do końca regulaminowego czasu gry pozostało 15 sekund, meczu już nie wznawiał.

Drugie 45 minut było wyrównane przez kolejny kwadrans. Niestety, od momentu utraty drugiego gola Start przestał chyba wierzyć w to, że jest w stanie osiągnąć w Piotrówce korzystny rezultat. Mieliśmy spory problem z przebiciem się przez dobrze zorganizowaną defensywę rywali, do tego niepotrzebnie dając mu możliwość swobodnego operowania piłką w środkowej strefie. Stamtąd mózg zespołu Matheus posyłał dokładne piłki do swoich partnerów, którzy od trzeciego gola nabrali na tyle dużego rozpędu, że w końcówce zostaliśmy zdemolowani. Najbardziej irytował fakt, że wysoko przegrywając, czerwono-czarni nie zwarli szeregów, przez co LZS miał sporo miejsca na wyprowadzanie kolejnych ataków. Podopieczni trenera Zalwerta ostatni kwadrans oddali właściwie bez walki, z której przecież słyną, co skończyło się dla nas bardzo boleśnie. Oglądaliśmy drużynę, która biernie przyglądała się wykonywanej na niej egzekucji. Porażka 0-7, to koszmar, który nawet w najczarniejszych snach nie przyszedłby nam do głowy. Tymczasem taka sytuacja miała miejsce na boisku lidera i musimy to przyjąć do wiadomości. Niedopuszczalnym jest, aby drużyna z aspiracjami na poziomie IV ligi dała sobie wbić aż 7 bramek. Do tego mówimy o drużynie, w szeregach której sporo zawodników miało już okazję występować o szczebel wyżej. To bardzo wstydliwy i kompromitujący wynik, tym bardziej, że mówimy o przegranej zespołu, który jeszcze kilkanaście dni temu uznawany był za rewelację wiosny. Tymczasem po sobotniej klapie (i dwóch wcześniejszych przegranych) wiosenny czar namysłowian całkowicie prysł. Jedyną dziś rehabilitacją, jaka przychodzi nam do głowy, jest zdecydowane zwycięstwo z będącym już jedną nogą w klasie okręgowej LZS-em Mechnice. Ale czy po takim ciosie Start zdoła się w najbliższą sobotę podnieść? Mimo wszystko wierzymy, że tak. [KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy