Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

"Osiemnaście mgnień jesieni" - cz. III

Odsłony: 3423

Podsumowanie jesiennych występów NKS-u czas zakończyć. W ostatnich dniach przedstawiliśmy słabe osiągi naszego zespołu w okresie od sierpnia

do połowy października, dziś natomiast dopełniamy syntezę charakterystyką gier drugiej połowy dziesiątego miesiąca roku, a także meczów listopadowych. W 6-ciu pozostałych do omówienia spotkaniach osiągnęliśmy bilans 2 zwycięstw, jednego remisu i 3 porażek. Dla niezorientowanych to bilans co najwyżej przeciętny, my jednak – w sytuacji, której doświadczaliśmy w tygodniach wcześniejszych – z pełną świadomością uważamy, że to bilans jak najbardziej akceptowalny. Jak mówią: „Na bezrybiu i rak ryba”, dlatego nie narzekajmy. Dzięki 7 punktom wywalczonym na finiszu rozgrywek, dziś mamy 6 „oczek” straty do lokaty gwarantującej utrzymanie. Czy tylko czy aż? To kwestia interpretacji. Ale wracamy do sedna sprawy, zapraszając na ostatni akcent naszego tryptyku.

12. kolejka – IV liga (17.10.): Stal Brzeg – Start Namysłów 3-2

Przed meczem w Brzegu postronni obserwatorzy IV lig nie zastanawiali się nad tym czy namysłowianie są w stanie powalczyć o jakiekolwiek punkty z liderem, ale w jakim stosunku przegrają. I co dla nas przykre, było to raczej licytowanie się od 3-bramkowej porażki wzwyż. Z drugiej strony trudno było się dziwić takim opiniom, skoro do tego spotkania Stal przystępowała z bilansem 10-1-0, natomiast Start 1-2-8. Faworyt mógł być tylko jeden. W piłce jednak wszelkie przedmeczowe typy biorą czasem w łeb i naprawdę niewiele zabrakło, a sprawilibyśmy jedną z największych sensacji jesieni. Do przerwy namysłowianie nie grali może meczu życia, byli natomiast bardzo skuteczni w ofensywie i uważni w obronie. Efekt? Prowadzenie 2-0 w jaskini lwa i gremialne kiwanie głowami miejscowych kibiców. Ci niedowierzali, że to w ogóle możliwe. Przyznać trzeba, że w sensacyjnym prowadzeniu wydatnie pomógł nam Szymocha. Golkiper żółto-niebieskich popełnił dwa „wielbłądy”, skwapliwie wykorzystane przez Smolarczyka. Chyba nawet namysłowscy fani, dopingujący tego dnia swoich pupili, nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy czerwono-czarni dwukrotnie znaleźli się przed szansą podwyższenia wyniku, lecz okazji nie wykorzystali. No i od tego momentu mocno podrażnieni miejscowi zaczęli się rozpędzać. Napór brzeżan rósł z każdą minutą i momentami NKS… bronił Częstochowy. Ci dopięli swego w 62’, strzelając „z wapna” gola kontaktowego. Niestety, chwilę później (64’) było już 2-2, co przy kolejnych szarżach lidera nasuwało nam tylko myśli, aby utrzymać choćby remis. Ekipa trenera Medyka zdołała zewrzeć szyki na tyle, że w kolejnych minutach Stal już tak się na murawie nie panoszyła. Mimo to zadała nam decydujący cios. W 79’ Szpak (ex-gracz Startu) wykorzystał głową dośrodkowanie z boku i za chwilę utonął w objęciach kolegów. A że było to ostatnie trafienie tego dramatycznego meczu, to po końcowym gwizdku mogliśmy jedynie żałować niewykorzystanej szansy na punkt(-y). Demony wcześniejszych gier powróciły. Czy zasłużyliśmy w Brzegu na korzystny wynik? Mieliśmy na to szansę, bo mecz się nam świetnie ułożył, ale uczciwie przyznając, z przebiegu gry wyraźnie lepsi byli gospodarze.

13. kolejka – IV liga (24.10.): Start Namysłów – KS Krasiejów 0-1

Dwa trafienia w Brzegu i tamtejsza dramaturgia znów wlały (niewielką wprawdzie) nadzieję w kibiców, że los odmieni się w spotkaniu z będącymi w kryzysie „Dinozaurami” (przed meczem w Namysłowie notowali 5 kolejnych gier bez zwycięstwa). No, ale w sumie żadnym zaskoczeniem nie było, że po ostatnim gwizdku w znakomitych nastrojach byli goście. Po słabym i mało ciekawym spotkaniu przegraliśmy w najniższych rozmiarach, tracąc gola już w 12’ (Oblicki). W pierwszym kwadransie czerwono-czarni grali katastrofalnie, mając problem z wymianą choćby trzech podań. Ale i później wiele lepiej nie było. Po pół godzinie tylko szczęściu zawdzięczaliśmy to, że identyczna akcja jak przy golu, nie zakończyła się stratą kolejnej bramki. Zmiany dokonane przez trenera po przerwie wprowadziły ożywienie w grę naszego zespołu. Start częściej był w posiadaniu piłki, starając się też prowadzić grę. Uważnie grający w defensywie krasiejowianie pozwalali jednak naszej drużynie dochodzić najwyżej do 25-tego metra. Mimo to chłopcy stworzyli sobie kilka okazji, po których mogli doprowadzić do wyrównania (najlepszych nie wykorzystali Kostrzewa i trzykrotnie Smolarczyk). Biliśmy przysłowiową głową w mur i ostatecznie nic z pogoni za wynikiem nie wyszło. To był na tyle słaby mecz, że żadna z drużyn na sukces nie zasłużyła. Tyle, że w futbolu walory „artystyczne” nigdy nie będą punktowo oceniane. Liczyć się będzie zawsze to, który z zespołów strzeli co najmniej jednego gola więcej od konkurencji. Tego dnia lepsi w tej statystyce okazali się goście spod Ozimka, po raz pierwszy w sezonie punktując w meczu wyjazdowym. A nam przypadło w udziale… kolejne rozczarowanie. O sytuacji Startu w tabeli nawet nie ma co wspominać, bo napisać, że była katastrofalna, to nic nie napisać.

14. kolejka – IV liga (31.10.): Skalnik Gracze – Start Namysłów 2-1

Życzeniowe myślenie przed wizytą w Graczach (że może tam uda się przełamać) pozostało w tej sferze także po spotkaniu. Z mocno rozczarowującym Skalnikiem (który do meczu ze Startem miał na koncie ledwie 8 „oczek”) była okazja złapać w tabeli kontakt, ale piłkarska proza po raz kolejny sprowadziła nas na ziemię. Nie tak to miało wyglądać. W pierwszej połowie stroną dominującą, ku zaskoczeniu miejscowej publiki, byli namysłowianie. Podopieczni Bartosza Medyka co i rusz testowali czujność graczańskiej defensywy. Najlepszej okazji na objęcie prowadzenia nie wykorzystał w 41’ P.Pabiniak, marnując okazję „1 na 1” z Hornikiem. Wcześniej (38’) niemrawo grający Skalnik dodatkowo skomplikował sobie życie, po tym jak po obejrzeniu drugiej żółtej kartki Zajączkowski (były piłkarz Startu) karnie zszedł z murawy. Paradoksalnie jednak od tej chwili mecz się wyrównał i po zmianie stron wcale nie widać było, że namysłowianie grają z przewagą jednego piłkarza. A w 54’ nasza defensywa dała się zaskoczyć w sposób wręcz dziecinny (wyrzut z autu przeszedł przez naszych obrońców i Mroziński trafił do siatki), więc przegrywaliśmy 0-1. Dosyć szybko wyrównaliśmy po golu Bilińskiego (61’), zatem wciąż była nadzieja, że stać Start na wywalczenie całej puli. No, ale w 81’ spotkało nas kolejne rozczarowanie, gdy (znów) po wyrzucie z autu, przy próbie interwencji piłkę ręką zatrzymał Kamil Błach. Trampkarski błąd, rzut karny dla gospodarzy i Maryszczak zamienia go na drugiego gola dla słabo wyglądającego tego dnia Skalnika. W 10-tkę rywale spokojnie dowieźli rewelacyjny dla siebie wynik do końca. Co ciekawe, w meczu tym po raz pierwszy od kwietnia 2013 roku na murawie oglądaliśmy… prezesa Kozana. Nawet jednak obecność najważniejszej persony w klubie nie przyniosła odwrócenia bessy. Niektórzy kibice twierdzili nawet, że pozostało nam już tylko ściągnąć z Afryki szamana, który przy Pułaskiego rytualnie zarżnie barana, przeleje krew na obu polach karnych i w ten sposób przepędzi złego ducha z czerwono-czarnej szatni. To oczywiście żart, niemniej świadczący o jesiennej skali niemocy Startu.

Fot.: Brzeska rywalizacja Stali z namysłowskim Startem, to jeden z najlepszych meczów jesieni w całej lidze pod względem dramaturgii. My po ostatnim gwizdku mogliśmy jedynie żałować, że Start prowadząc sensacyjnie do przerwy (2-0) na obiekcie lidera, nie zdołał z niego wywieźć choćby remisu. Po przerwie najlepsza ekipa IV ligi opolskiej pokazała siłę i zasłużenie wygrała. [zdjęcie: www.stalbrzeg.pl]

15. kolejka – IV liga (07.11.): Start Namysłów – Pogoń Prudnik 1-0

W meczu z prudnicką Pogonią odnieśliśmy drugie zwycięstwo w sezonie i całym tym marazmie była to bez wątpienia najlepsza wiadomość. Wreszcie udało nam się pokonać dużo wyżej notowanego rywala, choć przy sporej dozie szczęścia. Bo nie oszukujmy się, w przekroju 90 minut to Pogoń była drużyną lepiej zorganizowaną na murawie i to Pogoń nastawiona była na grę do przodu. Nasz zespół skupił się w największym stopniu na odgryzaniu gościom z kontrataków. Taktyka daleka od ideału i przez to bardzo nerwowa w odbiorze dla kibiców, ale po zakończeniu spotkania wszystko poszło w niepamięć. Liczyły się przecież punkty. Początek wyraźnie należał do rywali, którzy tylko w pierwszym kwadransie 6-krotnie (!) zatrudnili Stasiowskiego. Przetrwaliśmy jednak trudny początek, by w 15’ zaskoczyć biało-niebieskich w najlepszy z możliwych sposobów – golem! Akcję Smolarczyka precyzyjnie sfinalizował Wilczyński i zaczęła się ciężka, mało finezyjna walka w środku pola, która z incydentalnymi odmianami, trwała do gwizdka oznajmiającego przerwę. Po niej czerwono-czarni próbowali odgryzać się gościom, lecz ani Żołnowski ani Kostrzewa swoich okazji nie wykorzystali. Tymczasem Kudryk i spółka po godzinie gry coraz mocniej naciskali namysłowską linię obronną. W 66’ Wicher ostemplował nam poprzeczkę, więc tylko głęboko odetchnęliśmy. Później jeszcze kilkukrotnie dochodziło do sporego zamieszania pod bramką „Stacha”, lecz za każdym razem (także szczęśliwie) z opresji wychodziliśmy obronną ręką. W 75’ powinien być remis, lecz Surma fatalnie z 5 metrów przestrzelił. Ostatnie minuty, to już było oblężenie namysłowskiego przedpola, gdzie pierwsze skrzypce grał Stasiowski. Nasz golkiper przez cały mecz bronił pewnie, momentami instynktownie, ale najistotniejsze, że nie dał się pokonać, w największej mierze przyczyniając się do ważnego sukcesu z rewelacyjną jesienią Pogonią. Tym razem piłkarskie szczęście stało wyraźnie po naszej stronie.

16. kolejka – IV liga (14.11.): LZS Kup – Start Namysłów 1-1

Do Kup, podbudowani sukcesem z prudniczanami, jechaliśmy (po raz n-ty w sezonie) z nadzieją na przełamanie wyjazdowej niemocy. Jak na beniaminka, LZS wszedł w ligę w naprawdę obiecującym stylu. Rywale przez długi czas plasowali się w ścisłej czołówce, ale od ich porażki w 12. serii z Krasiejowem wpadli w dołek (będący efektem nie tylko zmęczenia, ale i kłopotów kadrowych wynikających z kartek i kontuzji). Do meczu ze Startem przystępowali z serią 3 meczów bez sukcesu, zdobywając w tym czasie tylko 1 punkt. Mieliśmy więc podstawy liczyć, że serię tę LZS-owi zdołamy przedłużyć. I przedłużyliśmy, remisując 1-1. Jak większość jesiennych meczów, także i ten w Kup nie był popisem finezji, tempa i szybkości. Obie drużyny bardziej myślały o tym, by gola nie stracić, niż powalczyć w ofensywie. Dlatego długimi fragmentami widowisko było nudnawe. Po przerwie grający pod wiatr gospodarze zagrali z większym zacięciem i częściej zaczęli zagrażać namysłowskiej świątyni. Za dużo w ich poczynaniach było jednak pośpiechu, a za mało wyrachowania. Przyczajeni czerwono-czarni w 72’ trochę nieoczekiwanie wyszli na prowadzenie. P.Pabiniak precyzyjnie zacentrował z rzutu wolnego, a główkujący Żołnowski nie miał problemów z ulokowaniem „kuli” między słupkami. Niestety, chłopcy nie zdołali utrzymać kapitalnego wyniku i 7 minut później sami stracili gola. A w 84’ niewiele zabrakło, a pożegnalibyśmy się także z remisem. Na szczęście w idealnej sytuacji Sobczak z 5-ciu metrów fatalnie przestrzelił. W końcówce miejscowi próbowali jeszcze nas zaskoczyć, ale wyszliśmy z opresji dosyć pewną ręką. Remis na trudnym terenie należy szanować, choć bezpośrednio po spotkaniu nasza drużyna odczuwała niedosyt. Solidny zespół prowadzenia uzyskanego w końcowej fazie zawodów nie powinien wypuścić z rąk. Ale Start jesienią przypominał mocno rozkołysaną łajbę, która nawet na niewielkiej fali od razu się wywracała. Tymczasem nastąpiło pozytywne zaskoczenie – nie daliśmy konkurencji przed dwa mecze łajby przewrócić. Dlatego kilka dni po tej rywalizacji wywalczony w Kup punkt smakował zdecydowanie przyjemniej.

17. kolejka – IV liga (21.11.): Start Namysłów – Olimpia Lewin Brzeski 1-0

Pożegnanie jesieni przypadło na konfrontację z lewińską Olimpią. Rywal jesienią nie imponował. Można nawet rzec, że runda w wykonaniu „Olimpijczyków” była kiepska, bo Ci po 16-tu grach mieli na koncie raptem 18 punktów (to co powiedzieć o naszych wtedy 8 „oczkach”?). Ale do Namysłowa przeciwnik przyjechał mocno podbudowany trzema z rzędu bez porażki, w których zgromadził aż 7 pkt. Olimpia na fali, a Start próbujący na tę falę się załapać. Kibice (oczywiście po cichu) zastanawiali się czy uda się rok zamknąć trzema spotkaniami bez porażki, skoro od początku sierpnia to się NKS-owi nie udawało. No, ale w końcu się udało. Zaksięgowaliśmy kolejne – niezwykle istotne – zwycięstwo, przekraczając dwucyfrową liczbę punktów. To był mecz walki, bez szaleństw wprawdzie, jednak śmiało można go zakwalifikować do IV-ligowych standardów na Opolszczyźnie. Początkowo defensywnie usposobieni goście bez pardonu przerywali akcje gospodarzy. Obejrzeliśmy przed przerwą po parę strzałów na obie bramki, z których te groźniejsze oddali lewinianie. Grający wysoką strefą namysłowianie nie mieli wystarczających atutów, aby przełamać zasieki obronne przeciwników. Po przerwie czerwono-czarni ponownie podejmowali próby wyprowadzenia w pole rywali, ale było w tym sporo niedokładności. Zanim jednak do tego doszło, w 48’ po dośrodkowaniu Buśki piłka trafiła w namysłowską poprzeczkę. Parę sytuacji zmarnował Smolarczyk, nie potrafił się wstrzelić P.Pabiniak. Ostro uderzył też Ptak, ale Dudzik był na posterunku. W 63’ Kostrzewa dwukrotnie poprawił dogranie przed bramkę i właśnie za drugim razem interweniujący Moczko wpakował ją do własnej bramki. Moczko miał pecha, bo w całym meczu dwa razy piłkę z bramki zdołał skutecznie wybić. W opisywanej akcji jednak się nie udało. W końcówce (88’) A.Tomaszewski mocno huknął z dystansu, na szczęście „skóra” o centymetry minęła świątynię Stasiowskiego i mogliśmy się radować z trzeciej wygranej w sezonie. Mało finezyjne spotkanie rozstrzygnęliśmy na swoją korzyść przede wszystkim dzięki poprawnej grze w tyłach i wielu przechwytach w środkowej strefie boiska. Wielokrotnie wcześniej przekonywaliśmy się, że czasem detal decyduje o zdobyciu lub stracie punktów. Tym razem spotkanie przebiegające na remis, samobójczym detalem… zakończyliśmy z uśmiechami na ustach.

To koniec cyklu „Osiemnaście mgnień jesieni”. Cyklu, który był dla nas – kibiców NKS-u – był w minionym półroczu wyjątkowo mało strawny. Można nawet napisać, że nieprzyjemny. Futbol nie znosi jakiejkolwiek próżni, a stabilizacja zarezerwowana jest jedynie dla najsilniejszych oraz… najsłabszych. A i to nie jest nikomu dane raz na zawsze. Mówi się, że nawet po największej burzy zawsze wychodzi słońce, więc musimy wierzyć, że takowe dla nas zaświeci. Że zaświeci na początku wiosny i będzie nam świecić na tyle mocno, że… przyświecający cel w postaci utrzymania w IV lidze opolskiej w czerwcu będzie przez piłkarzy Startu Namysłów osiągnięty. [KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
1 Komentarze | Dodaj własne
  • FAJNIE BYLO POWROCIC DO CIEKAWEJ LEKTURY JESIENNYCH ZMAGAN CZERWONO-CZARNYCH,POMIMO ZE WYNIKI BYLY JAKIE BYLY I ROZCZAROWAN ROWNIEZ NIE BRAKOWALO...JEDNAK PRZED RUNDA REWANZOWA CORAZ WIECEJ BEDZIEMY SIE INTERESOWAC PRYGOTOWANIAMI PODOPIECZNYCH BARTOSZA MEDYKA I WARTO BYLO PRZYPMNIEC SOBIE 18 KOLEJEK JESIENI.

    Lubię 0 Krótki URL: