Start Namysłów
Zaloguj Zarejestruj

Logowanie do konta

Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.
Imię *
Nazwa użytkownika *
Hasło *
Zweryfikuj hasło *
Email *
Zweryfikuj email *
Captcha *

ARCHIWUM

Zabójcze 7 minut

Odsłony: 18630

Daleki wyjazd do mysłowickiej dzielnicy Wesoła (ok. 175 km) piłkarze występujący z „eSką” na piersi z pewnością nie będą zbyt miło wspominali. W sobotę Start stanął

w szranki z miejscowym Górnikiem, który do gry przystępował w roli faworyta (nie tylko z racji zajmowanej pozycji wicelidera). Górnicy potwierdzili atuty prezentowane we wcześniejszych spotkaniach, bardzo pewnie sięgając po 3 punkty. Szczególnie zaimponowali między 22’, a 29’, do bramki Rozmusa trafiając aż trzykrotnie. Paradoksalnie jednak fatalny wynik nie powinien spowodować w naszym klubie przygnębienia. Oczywiście każda porażka boli, jednak gra czerwono-czarnych po przerwie, w kontekście kolejnej ligowej batalii, może napawać umiarkowanym optymizmem. A w jakich okolicznościach polegliśmy w Mysłowicach, przedstawiamy poniżej.

Zawody zaczęły się od prób ataków gospodarzy. Mysłowiczanie przez kilka minut rozgrywali piłkę na połowie Startu, jednak bez większych efektów. Dopiero w 5’ zagrozili naszej bramce. Po wymianie podań między „górnikami” zagrana w szesnastkę piłka została wybita przez jednego ze stoperów. Akurat nabiegł na nią Sarzała i z 25 metrów potężnie uderzył. Rozmus miał trochę kłopotów z trudnym strzałem, ale zdołał odbić piłkę poza linię końcową. Z kornera (6’) na krótki słupek dośrodkował Stokłosa, a groźnie główkujący Sarzała uderzył tuż obok spojenia namysłowskiej bramki. Niedługo potem (9’) Stokłosa z prawej strony precyzyjnie dorzucił „skórę” na przedpole czerwono-czarnych, lecz główkujący z 8 metrów Hendel (w asyście stopera) posłał futbolówkę nad poprzeczką. Gospodarze, rozochoceni dosyć łatwym zdobywaniem terenu, nie zamierzali pasować. Stąd w 12’ oglądaliśmy kolejną akcję w ich wykonaniu. Tym razem namysłowianie źle rozegrali rzut wolny pod bramką miejscowych i Ci ruszyli z szybkim atakiem lewą flanką. Zamieszanie pod bramką skasowane zostało wybiciem „skóry” poza szesnastkę, gdzie na strzał z jej narożnika zdecydował się Nawrocki. Nieprzyjemnie uderzenie po ziemi (i przy słupku) Rozmus zdołał ostatecznie zatrzymać.

Podopieczni Bogdana Kowalczyka odpowiedzieli dopiero w 13’. Wtedy to z rzutu wolnego (ok. 35 metrów) uderzał P.Pabiniak, posyłając piłkę… w chmury. Krzepiący był jednak fakt, że mniej więcej od tego momentu namysłowianie opanowali grę, coraz częściej próbując nieśmiałych ataków przedpola Górnika. Nie niosły one wprawdzie bezpośredniego zagrożenia bramki Tomaszewskiego, ale przede wszystkim gra wyrównała się, a jej ciężar przeniesiony został w okolice linii środkowej. W 21’ rzut wolny spod koła środkowego egzekwował Stokłosa. Czujni defensorzy Startu wybili zagrywaną w pole karne piłkę, ta jednak spadła pod nogi A.Lesika, który z 20 metrów posłał piekielną bombę. „Bośniak” zdołał odbić piłkę nogami, ale futbolówka spadła pod nogi wbiegającego lewą stroną Hendela. Doświadczony napastnik Górnika zdecydował się na poprawkę, jednak przy wydatnej pomocy Lizaka, nie trafił w nią czysto. „Skóra” poleciała wzdłuż bramki zbierającego się z ziemi Rozmusa, gdzie próbował do niej doskoczyć Thiam. Czarnoskóry gracz Górnika został jednak zablokowany przez Łątkę, ale w tym momencie arbiter… wskazał na rzut karny! Decyzja o tyle dziwna, że obaj piłkarze walczyli bark w bark. A już po meczu nasz lewy defensor z irytacją przyznał, że przeciwnik w momencie kontaktu dodatkowo kopnął go w nogi i… upadł. Tak czy inaczej, do punktu oddalonego o 11 metrów od bramki Startu podszedł Stokłosa i pewnym uderzeniem w prawy górny róg wyprowadził swój zespół na prowadzenie (Damian wyczuł intencje strzelca, ale nie był w stanie sięgnąć precyzyjnie uderzonej „kuli”).

Po trafieniu otwierającym wynik gospodarze po raz drugi złapali wiatr w żagle. Ale tym razem tak mocny, że przypominał on tornado. Tornado, które… spustoszyło grę naszej ekipy i zaowocowało kolejnymi golami. Już trzy minuty później (25’) „Górnicy” przeprowadzili piękną akcję graną na jeden kontakt, po której trafili Start po raz drugi. Po zagraniu z głębi pola lewą stroną ruszył Hendel, na wysokości pola karnego odgrywając „skórę” do nadbiegającego Sarzały. Ten z kolei od razu przekazał ją do wbiegającego prawą stroną Stokłosy, który po przyjęciu „na klatę”, uderzeniem z pierwszej piłki (18 metrów) nie dał szans Rozmusowi. Akcja miejscowych była naprawdę przednia. Nic więc dziwnego, że kibice nagrodzili ją zasłużonymi brawami i okrzykami.

Namysłowianie mogli odpowiedzieć niemal od razu (27’), gdy na indywidualną akcję lewą stroną zdecydował się K.Smolarczyk. Zdołał oszukać dwóch rywali, a gdy był narożniku pola bramkowego, oddał strzał. Tomaszewski był jednak bardzo czujny. Nie tylko skrócił kąt strzelcowi, ale przede wszystkim zdołał odbić futbolówkę poza obrys swojej świątyni.

Ale rozpędzony Górnik nie zwalniał tempa. W 28’ gracze Sebastiana Goldy znów zaatakowali lewą flanką. Dośrodkowanie Czapli Rozmus wybił przed szesnastkę, gdzie czyhający już Sarzała mocno uderzył w bramkę. Nasz golkiper zdołał się jednak we wszystkim zorientować i w porę odbił „skórę” poza linię końcową. Z prawego rogu boiska zacentrował etatowy wykonawca stałych fragmentów gry, czyli Stokłosa (29’). Wydawało się, że centra została „przeciągnięta”, ale faktycznie spadła idealnie pod nogi Buchcika (nasi obrońcy popełnili błąd w asekuracji). Ten wycofał piłkę do znajdującego się na linii pola karnego Thiama, który – trudną, kozłującą futbolówkę – uderzył zewnętrzną częścią stopy. Siła strzału nie była duża, ale precyzja i owszem, stąd i „kula” tuż przy słupku, po raz trzeci zatrzymała się w namysłowskiej siatce. To było 7 zabójczych minut, które wstrząsnęły Startem. Tymczasem do zakończenia pierwszej połowy pozostawał jeszcze kwadrans i ta perspektywa była w tym momencie najbardziej niepokojąca. Zastanawialiśmy się bowiem, czy rozbity w kilka minut zespół zdoła się pozierać, a przynajmniej dotrwać do przerwy bez dalszych strat.

Tymczasem chwilę później czerwono-czarni zaatakowali. W 30’ i 31’ egzekwowaliśmy dwa kornery. Z pierwszego niewiele wynikło, natomiast drugi mógł przynieść gola. Po dośrodkowaniu P.Pabiniaka, piłkę na dalszym słupku zgrywał do środka Zalwert. Jego główka trafiła pod nogi Bonara (10-ty metr), jednak „Boni” nieczysto w nią trafił i ta bez żadnego impetu wpadła w rękawice Tomaszewskiego. Za moment (32’) tylko brak zdecydowania Zajączkowskiego (dostał piłkę pod nogi po błędzie stopera Górnika) spowodował, że za miast strzału z 15-tu metrów, ten próbował podawać do znajdującego się z prawej strony P.Pabiniaka. „Zając” stał się też mimowolnym bohaterem w 35’, gdy na środku boiska został bezpardonowo potraktowany przez Thiama (atak kolanem w brzuch). Faul ten nie uszedł także uwadze arbitra z Sosnowca, który Senegalczyka upomniał żółtym kartonikiem.

Za moment w kolejne, wysokie tony, zaczęli uderzać „górnicy”. W 37’ długa piłka trafiła na lewą stronę do Haftkowskiego, który momentalnie odegrał do Czapli. Zawodnik miejscowych wbiegł w szesnastkę i bardzo groźnie uderzył. Rozmus z największym trudem odbił piłkę do boku. Tam już czyhał na nią „Kula” (tak zdrobniale koledzy nazywają Koulaty’ego Thiama), lecz w znakomitej okazji (mimo ostrego kąta) nie trafił w światło bramki. Dwie minuty później (39’) pod namysłowską bramką znów zapachniało golem. Tym razem na środku z akcją „2 na 2” wyszli przeciw stoperom Hendel ze Stokłosą. Będąc na wysokości 25 metra, ten drugi zagrał crossa na lewo do Haftkowskiego, ale mierzący 200 cm napastnik został przy próbie strzału zablokowany przez Bonara. Oddalenie zgrożenia było jednak chwilowe, bowiem kilkanaście sekund później akcja wróciła w namysłowską szesnastkę, gdzie Czapla z 15-tu metrów nieprzyjemnym uderzeniem sprawdził Rozmusa. Damian i tym razem zdołał futbolówkę zatrzymać.

Oszołomieni czerwono-czarni próbowali się odgryźć w 40’, gdy przy „lewej” linii końcowej Kamil Błach przepychał się z przeciwnikiem, stracił piłkę, by za chwilę ją odzyskać. Szkoda, że „bliźniak” niedokładnie odegrał ją na przedpole i mysłowiczanie potencjalne zagrożenie momentalnie skasowali.

Nasi zawodnicy wyglądali nie tyle na oszołomionych koszmarnymi 7 minutami, co wręcz rozbitych. Pozwalaliśmy gospodarzom na zbyt wiele. Inna sprawa, że Górnik złapał niesamowity luz w grze i prawie wszystkie akcje z pierwszej piłki im wychodziły. A na takie „klepanie” – dodatkowo przy większym potencjale przeciwnika – naprawdę trudno znaleźć skuteczną receptę. Wesoła grała swobodnie i z polotem, a namysłowianie niemal co chwilę musieli się ratować wybijaniem piłki sprzed własnej bramki.

W 41’ o mało co, a nie stracilibyśmy czwartego gola. Źle wycofana do Rozmusa piłka spowodowała, że ten próbował kiwać Haftkowskiego. Rosły rywal zdołał jednak wyciągnąć długą nogę i Damiana zablokował. Na szczęście nasz golkiper zachował zimną krew i nieco ekwilibrystycznym upadkiem zdołał nakryć futbolówkę. A wszystko to działo się na ósmym metrze. Jeszcze w 44’ mający petardę w nodze Nawrocki uderzył naprawdę nieprzyjemnie z prawego narożnika pola karnego, ale „Bośniak” (przypominamy,  że to ksywa naszego golkipera) nie dał się zaskoczyć.

Kwadrans w szatni większy skutek odniósł w kontekście rozmowy z namysłowianami. Ci bowiem na drugie 45 minut wyszli jakby odmienieni. Nie była to odmiana, która poskutkowałaby też zmianą wyniku. Niemniej gra naszych ulubieńców długimi fragmentami dawała powody do optymizmu… przed meczem ze Szczakowianką.

Jako pierwsi ciekawiej zaatakowali czerwono-czarni. W 48’ K.Smolarczyk świetnie oszukał Wujca, po  czym zagrał przed pole karne do P.Pabiniaka. Nasz kapitan źle jednak przyjął futbolówkę, choć chyba lepszym rozwiązaniem byłaby decyzja o strzale z pierwszej piłki. Za chwilę znów przedarliśmy się w szesnastkę Górnika, ale tym razem atakującemu Smolarczykowi stoperzy wyłuskali „kulę” spod nóg. Do 58’ oglądaliśmy wyrównaną grę z obu stron, w której gra częściej przenosiła się pod pole karne gospodarzy, niż wysoko przegrywających gości. Faktem jest, że lepiej piłką operowali „górnicy”, niemniej dla nas ważny był fakt, że namysłowianie strach pozostawili w szatni, składnie i z pomysłem atakując. Dobrze w tym fragmencie prezentował się zwłaszcza młodziutki Smolarczyk, który w kilku sytuacjach pokazał, że drzemie w nim spory potencjał.

W 63’ Żołnowski dał się ograć Haftkowskiemu, a ten zagrał wzdłuż linii szesnastki. Futbolówka na jeden kontakt przekazywana była kolejno do Hendela i Stokłosy, aż trafiła do Jaskierni, który uderzył wysoko nad bramką. W pierwszym kwadransie po zmianie stron trochę pracy miał Lizak, jednak mimo nękania jego sektora przez miejscowych, notował poprawne interwencje.

W 65’ kibice jęknęli, gdy z lewej strony piłkę na 6-ty metr wrzucił Nawrocki, a wyciągniętemu jak strunie Haftkowskiemu zabrakło kilkudziesięciu centymetrów, aby sięgnąć piłki głową. Namysłowianie zrewanżowali się ładną akcją z 66’. Wtedy to Bonar zagrał na prawo do Zalwerta, a ten wypuścił pod linię końcową K.Smolarczyka. Młody atakujący doszedł do piłki, jednak nie zdołał precyzyjnie odegrać do wchodzącego na krótki słupek P.Pabiniaka (który zdążył już zgubić stopera). W 70’ kontratak Wesołej inteligentnie zastopował w szesnastce Żołnowski, natomiast po kolejnych trzech minutach Jaskiernia swój rajd lewą stroną zakończył strzałem obok lewego słupka.

„Górnicy” wyraźnie zwolnili tempo gry, czym imponowali przed przerwą. Być może w głowach zawodników coraz wyraźniej kołatała myśl, że wobec wysokiego prowadzenia nie ma specjalnego sensu forsować tempa rozstrzygniętych już zawodów. Gospodarze decydowali się na pojedyncze ataki (za to z reguły groźne), swoją uwagę koncentrując raczej na własnym przedpolu. W 77’ Tuleja zarzucił z lewej flanki piłkę (spod linii końcowej) do Hendela, ale doświadczony atakujący Górnika przeniósł z 8 metrów piłkę nad poprzeczką. Niebawem (79’) Rozmus uprzedził Stokłosę obsłużonego przez Czaplę. Wcześniej jednak arbiter odgwizdał faul na namysłowskim stoperze. Nie minęło kilkadziesiąt sekund, a nasz golkiper ubiegł tym razem Hendela, któremu świetną piłkę zagrał bardzo aktywny tego dnia Stokłosa.

82’, to ładna akcja Nawrockiego, który podaniem ze środka pola uruchomił po lewej stronie Jaskiernię, a ten z kolei zagrał przed bramkę do Smarzyńskiego. Ostatni z wymienionych uderzył jednak nad bramką.

W 83’ namysłowianie mogli pokusić się o bramkę honorową. Wtedy to po faulu Czapli na Krystianie Błachu, jego brat Kamil podszedł do rzutu wolnego. Jego płaskie uderzenie po ziemi (z prawego narożnika szesnastki) Tomaszewski „wypluł” przed siebie, ale czyhającemu na futbolówkę Bonarowi zabrakło centymetrów, aby ją sięgnąć. Za chwilę (85’) po dośrodkowaniu z lewej strony P.Pabiniak na dwa razy próbował zaskoczyć bramkarza Górnika. Obie próby (z powietrza i ziemi) zostały jednak zablokowane.

Wesoła odpowiedziała atakiem w 86’, gdy soczysty strzał zza linii szesnastki Smarzyńskiego plecami zablokował… Stokłosa. Za moment ta sama dwójka (Smarzyński prostopadle zagrywał do Stokłosy) ponownie próbowała zaskoczyć Rozmusa. Damian jednak ubiegł atakującego wślizgiem piłkarza. W 89’ po szybkiej klepce Hendel zdecydowanie bardziej podał piłkę (niż strzelał) Rozmusowi.

Gospodarze powinni zdobyć gola już w przedłużonym czasie gry (90+1’). Nieudane rozegranie rzutu wolnego przez namysłowian spowodowało kontratak „górników”, którzy w finalnym momencie koncertowo spartaczyli tzw. „setkę”. Po dośrodkowaniu Jaskierni z lewego sektora, przed bramką namysłowskiego bramkarza znalazło się trzech (!) przeciwników. Ale Hendel na siódmym metrze minął się z piłką, a próbujący ratować akcję Smarzyński próbował nawinąć wracającego Lizaka i poprawić. Nasz stoper „przeczytał” jednak zamiary przeciwnika i uderzenie zablokował. W międzyczasie wrócił też Żołnowski i smród pod naszą bramką został zażegnany. Wymownie całe zdarzenie skwitowali kibice zgromadzeni na trybunach. Nie było gwizdów, ale… salwa śmiechu. Za chwilę (po kolejnym ataku) z dystansu uderzył Smarzyński, a po kilku kolejnych sekundach arbiter zakończył mecz.

Miniona sobota nie będzie w naszym obozie zbyt mile wspominana. W konfrontacji Górnika ze Startem, Ci pierwsi potwierdzili, że są dziś jednym z najpoważniejszych kandydatów pod kątem awansu do wiosennej grupy mistrzowskiej. Mysłowiczanie potwierdzili atuty, o których konkurencja już wie – zgrany skład, dobra organizacja gry, szybkie ataki skrzydłami, a przede wszystkim sporo gry na jeden kontakt. Dziś możemy już tylko gdybać, jak wyglądałby ten mecz, gdyby trener Kowalczyk mógł skorzystać z Samborskiego i Bilińskiego (pierwszego zatrzymały sprawy zawodowe, a drugi nie był jeszcze gotowy do gry po środowym urazie nosa). Na pewno nie byłoby nam wiele łatwiej, choć z drugiej strony być może napsulibyśmy rywalowi więcej krwi.

W pierwszej połowie czerwono-czarni początek mieli niemrawy. Ale gdy już zwarli szeregi i zaczęli śmielej atakować, spadł na nich grom z jasnego nieba w postaci trzech goli w ciągu siedmiu minut. Górnicy wyprowadzili wówczas trzy poważne ciosy, których nie powstydziłby się sam Władimir Kliczko. Po półgodzinie gry leżeliśmy na przysłowiowych deskach, ale jak wiadomo, w futbolu białego ręcznika rzucić nie można. Kolejny kwadrans też był dla Startu pasmem udręk, bowiem ekipa z Wesołej co i rusz nękała nas szybkimi atakami po grze „z klepki”. Po prawdzie modliliśmy się, aby zespół bez kolejnych strat dotrwał do przerwy. I dotrwał.

Po zmianie stron namysłowianie nie dali już się zdominować przeciwnikowi. Nasz zespół zaczął odważniej atakować, wielokrotnie zapędzając się pod bramkę Tomaszewskiego. Nie udało nam się wprawdzie uzyskać choćby honorowego trafienia, ale kilkukrotnie była ku temu okazja. W decydujących momentach zabrakło jednak precyzji, ale i podjęcia wyboru innego rozwiązania akcji. Nie znaczy to wcale, że Górnik przestał grać. Miejscowi też stworzyli sobie kilka bardzo dobrych sytuacji, jednak ich celowniki nie były już tak precyzyjne. Inna sprawa, że nie forsowali już w tak zdecydowany sposób tempa. No, ale gdy prowadzi się trzema golami, to często w podświadomości fakt ten determinuje… zwolnienie obrotów na murawie. To już jednak zmartwienie (oj, chcielibyśmy mieć takowe) trenera Sebastiana Goldy.

Bezdyskusyjnie polegliśmy w Mysłowicach i nikt temu nie zaprzeczy. Paradoksalnie jednak postawa czerwono-czarnych w drugich 45 minutach dała całkiem spory promyk nadziei przed kolejnym meczem o punkty. Bardzo ważnym dla nas meczem, który w sobotę rozegramy ze Szczakowianką. Jeśli namysłowianie wyjdą na boisko żądni rehabilitacji za 0-3 z Mysłowic, do tego prezentując walory z meczów przeciw Szombierkom i Piastowi Strzelce Opolskie (oraz odwagi i pomysłowości na obiekcie wicelidera po przerwie), to szansa na trzecią wygraną w sezonie jawi się jako całkiem realna. Najpierw jednak (w najbliższą środę) Start musi uporać się z Po-Ra-Wiem Większyce w batalii o II rundę wojewódzkiego Pucharu Poslki. Ale też popracować nad unikaniem zbyt głębokiej gry w destrukcji. Ten tydzień zapowiada się naprawdę ciekawie. [KK]

Zaloguj się aby móc dodawać komentarze
Komentarze | Dodaj własne
  • Brak komentarzy